.:: Prasa, radio, telewizja by pariser
Drzwi otworzył sympatyczny facet, któremu po polsku powiedziałem: "Dzień dobry." Facet się ucieszył i dopiero wtedy spostrzegłem, że odźwiernym był sam Till Lindemann - groźny wokalista Rammsteina, którego śpiewem można by postraszyć niejedno dziecko. Till w wersji pozascenicznej wygląda jak przedstawiciel każdego innego zawodu, tylko nie profesji muzyka industrialno - metolowej kapeli. I nie jest to jedyny dysonans poznawczy dotyczący grupy Rammstein.
Matczyne Błogosławieństwo
Wasza nowa płyta nosi tytuł "Mutter". Matka w tym przypadku ma być jakimś symbolem, czy może chodzi po prostu o uczucia rodzinne?
Szukaliśmy tytułu dla albumu i jakoś długo nie mogliśmy znaleźć. Wiedzieliśmy tylko, że chodzi nam o coś krótkiego i mocnego - właśnie jak "Mutter" czy tytuły naszych poprzednich płyt - "Sehnsucht", "Herzeleid". O jedno słowo, które może być użyte w różnych kontekstach i można je rozumieć na różne sposoby. Tego typu tytuły znakomicie nadają się do różnych gier słownych i semantycznych. Promocję "Mutter" zaczynamy w Niemczech drugiego kwietnia, czyli w Dzień Matki. Być może wykorzystamy też slogany typu "matka jest tylko jedna". Ale ani tytuł, ani tekst utworu "Mutter" nie ma związku z moją mamą czy z matkami innych muzyków.
Podobno jednak urządziłeś mamie domową prapremierę tytułowego utworu... A może zawsze testujesz na mamie nowy materiał Rammsteina?
Chciałem uniknąć nieporozumień i niedomówień. Żeby moja matka później nie patrzyła na mnie krzywo, nie groziła palcem i nie pytała: "Coś ty tam o mnie nawypisywał!" Zwłaszcza, że utwór "Mutter" opowiada dość smutną historię, która nie ma związku z naszym prawdziwym życiem. Mama posłuchała bardzo chętnie i w dodatku piosenka jej się spodobała. Czyli mam spokój, jest OK.
Chcesz powiedzieć, że twoja rodzicielka jest fanką Rammsteina?
Z początku na pewno nią nie była... Moja mama pracuje w radiu, w regionalnej rozgłośni w północnozachodnich Niemczech. Jest szefem redakcji kulturalnej i można się było spodziewać, że w pewnym momencie współpracownicy i znajomi zaczną ją wypytywać, co jest grane?! Mówili: "Widziałem twojego synka w telewizji, czytałam wywiad z twoim skarbuniem" i takie tam różne. Po tych reakcjach zaczęła ją wreszcie rozpierać duma i zwróciła większą uwagę na to, co robię w Rammsteinie. Inaczej spojrzała na moją muzykę, na teksty, na mój sposób wyrażania siebie. Coraz bardziej się przekonywała do Rammsteina i roli, jaką w nim pełnię.
Zraniona Niewinność
Niestety nie znam niemieckiego, wiec o przetłumaczenie twoich tekstów musiałem poprosić... moją matkę. Zaskoczyło mnie to, że niektóre są bardzo poetyckie, romantyczne, refleksyjne...
Dzięki za ten romantyzm i poetyckość... Na przykład tekst "Mutter" rzeczywiście taki jest - z jednej strony pokazuje bezbronną istotę, która czuje się zraniona. To może być dziecko, ale nie musi - nie wyjaśniam tej sprawy do końca. Zraniona niewinność, a z drugiej strony krzyk za matką - to jest jakiś kontrast. Matka - ktoś kto daje nadzieję. Tęsknota za matką - kimś tak bliskim, tak bardzo kochanym. To chciałem pokazać i dlatego śpiewam w tym utworze trochę delikatniej niż zwykle.
Jednak w wielu innych przypadkach poetycko-refleksyjna wymowa tekstów bardzo kontrastuje z twoim zimnym i twardym stylem śpiewania. To zamierzony kontrast?
Ja tego nie robię specjalnie. To się dzieje naturalnie, tak widzę swoje śpiewanie. Moja twarda, zdecydowana maniera to nie jest coś co sobie rozmyślnie wykoncypowałem i wypracowałem - sama przyszła, była we mnie. Jeśli śpiewa się romantyczne teksty w taki mocny sposób, zyskują inny wymiar, jakiś urok i czar. Melancholia podana bezkompromisowo staje się jaśniejsza, bardziej czytelna, łatwiej trafia do słuchacza. Ale staram się nie śpiewać wszystkiego na jedno kopyto. Kiedy pracujemy w studiu nad nowymi utworami, próbuję jak najlepiej dopasować się do ich nastrojów. Ale teksty to całkiem inna historia. Pisząc nie biorę pod uwagę charakterystycznej barwy mojego głosu czy mojej maniery śpiewania. Zanim wydobędę z siebie jakikolwiek ton, muszę mieć już gotowy tekst, muszę znaleźć odpowiedni nastrój, by odpowiednio opowiedzieć odpowiednią historię. Potem dopiero śpiewam, nagrywam, daję do posłuchania producentowi. Bo jego uwagi są zwykle celne - radzi gdzie i kiedy dodać więcej mocy, jak żonglować nastrojami. Tu przywal, a tam skromniej.
Niepełnia Szczęścia
Z producentem Jacobem Hellnerem współpracujecie już od dość dawna - wiadomo, że nie zmienia się składu zwycięskiej drużyny. Jednak jakie konkretnie cechy Jacoba decydują o tym, że znowu zdecydowaliście się zaprosić go do współpracy.
Kiedy spotykamy się w studiu, często strasznie się kłócimy między sobą. A Jacob ma wyjątkowy talent do tonowania tych naszych awantur wewnątrz zespołowych. Potrafi nas utrzymać w ryzach. Te kłótnie to nie jest sposób na wyładowanie niezdrowej agresji - nie wyzywamy się od dupków czy kretynów. Zawsze chodzi nam o coś konkretnego - o brzmienia, aranżacje, sposób nagrywania. Ostra, ale produktywna dyskusja. Dzięki niej idziemy do przodu. Jacob nie spełnia roli szefa, ale ma tak zwane "słowo producenta". Swoją opinią zmusza nas do ustalenia jakiegoś wspólnego frontu. Cała nasza szóstka słucha go uważnie i liczy się z jego zdaniem, i jeszcze coś - nieważne, czy jesteś gitarzystą, perkusistą czy wokalistą. Jacob potrafi wyciągnąć z ciebie wszystko co najlepsze. Potrafi nami dobrze pokierować. Ma też niesamowitą umiejętność budowania piosenek. To trochę jak ze schodami - montujesz kolejne stopnie, aż powstaje mocna, zwarta i solidna konstrukcja.
Czy rzeczywiście Jacob ma duży wkład w komponowanie, bardzo ingeruje w waszą muzykę?
Tak i nie. Nigdy się nie miesza, nie wpieprza na siłę. Kiedy wchodzimy do studia, materiał jest w zasadzie gotowy. Jacob udziela nam tylko ostatecznych rad, pomaga w doszlifowywaniu, wykańczaniu. To bardzo istotna faza pracy, ale najpierw trzeba mieć co szlifować. Po nagraniu z Jacobem dwóch płyt zdążyliśmy już dobrze poznać jego system pracy. Dajmy na to przynosimy numer, w którym zaraz po zwrotce następuje refren. Nam się wydaje, że wszystko jest w porządku, a Jacob mówi: "Zaraz, panowie, przydałby się mostek". Na ogół trudno się nie zgodzić z jego uwagami. Rzeczywiście, mostek byłby OK. I przerabiamy kawałek.
Być może część zagranicznych fanów Rammsteina przystąpiła dzięki wam do nauki języka niemieckiego. Ale spore grono nie ma pojęcia, o czym śpiewasz. Czy to ci nie przeszkadza?
Owszem, przeszkadza. Nasz gitarzysta Richard mówi, że jeżeli sama muzyka jest zrozumiała, może dotrzeć do ludzi na całym świecie. Zgadzam się, że dobra muzyka jest zawsze międzynarodowa, nawet gdy śpiewa się w języku, którego odbiorca nie zna. Nie rozumiesz słów, ale podskórnie, podświadomie rozumiesz emocje - docierają do ciebie te uczucia, które artysta chciał wyrazić. Nie przestaję dziwić się i cieszyć, że nasza muzyka dociera do tylu ludzi w wielu krajach. Że twórczość Rammsteina ich rusza, że próbują ją interpretować. Gdyby ci wszyscy ludzie w dodatku dokładnie rozumieli to, co śpiewam, szczęście byłoby pełne. Ale i tak nie mam powodu do narzekań.
Mity i Żywioły
Potrafiłbyś oddać w kilku słowach klimat twórczości Rammsteina?
Bardzo ciężki, romantyczny, pełen kontrastów, częściowo także taneczny. Zdarzało się nam odpowiadać na pytania typu: jaką muzykę gracie? Wreszcie wymyśliliśmy termin "tanzmetal". Sporo u nas słychać inspiracji techno, muzyką house - ciągle próbujemy to wszystko mieszać.
A przekaz tekstowy?
Nie ma czegoś takiego jak generalny przekaz Rammsteina. Przedtem chodziło nam przede wszystkim o miłość - ten temat przeważał w tekstach. Teraz najważniejsze jest to, że każdy utwór Rammsteina opowiadał swoją własną historię, jest samodzielnym bytem. Dla mnie to powód do sporej satysfakcji.
Do tekstów miłosnych zapewne zaliczasz także te o lekko perwersyjnym odcieniu. Po tytułach nowych piosenek mogę się domyślać, że także na "Mutter" znalazł się przynajmniej jeden taki tekst "Zwitter", czyli "Obojnak". Czy to jakaś mocno zakręcona sprawa?
W mitologii greckiej jest historia Hermesa i Afrodyty. On przychodzi do niej i o ile dobrze pamiętam chce jej coś ukraść, a ona go chwyta i stają się jednym ciałem, wtapiają się w siebie nawzajem. Stąd wziął się termin "hermafrodyta", którego synonimem jest "Zwitter". To tak tytułem wstępu. Sam tekst "Zwitter" mówi o tym, że w sumie dobrze by było, gdyby moja kobieta tkwiła we mnie, była częścią mnie. Żadnych kłótni, żadnych nieporozumień, problemów. Chcą mieć dziecko, to sami je sobie robią. Jeżeli ktoś mi powie "Pierdol się" nie ma sprawy - mogą to dziecko, to sami je sobie robią.
W twórczości Rammsteina jest mnóstwo szokujących elementów - w muzyce, tekstach, projektach okładek, oprawie koncertów. Czy to jest tylko szok dla szoku?
Chcemy szokować dlatego, że lubimy ekstrema. Szok jest efektem naszych ekstremalnych eksperymentów, ale nie celem. To nie jest sztuka dla sztuki.
Twoi koledzy z zespołu, Paul Landers i Christoph Schneider, mówili w wywiadzie udzielonym naszemu pismu jakieś półtora roku temu, że jesteście już znudzeni robieniem ciągle tego samego. Mieli na myśli oprawę waszych koncertów. Czy zaszły jakieś zmiany, doszły nowe elementy?
Zaraz po moim powrocie do Niemiec zabierzemy się za konkretne planowanie koncertów. Na taką konceptualną robotę mamy jakieś dwa miesiące. To wystarczająco wiele czasu, by wymyślić coś nowego. Nie sądzę, by koncerty Rammsteina zmieniły się w sposób rewolucyjny, ale na pewno wprowadzimy trochę świeżych rozwiązań. Mamy już w planach kilka niespodzianek, ale sądzimy, że pojawi się ich jeszcze więcej - może znów sporo pomysłów powstanie w gronie naszych przyjaciół. Liczymy na ich otwarte głowy. Cóż, nadal będziemy stawiać na żywioły. O ile do tej pory zajmowaliśmy się głównie ogniem, to teraz być może dojdzie woda.
Śmierć
Na okładce i w książeczce "Mutter" znalazły się niesamowite fotografie - ciała w formalinie, wasze zdeformowane głowy, wasze niby-trupy po sekcji zwłok. Szok jest jak trzeba, tylko jaka jest jego geneza?
Kiedy przychodzimy do naszej firmy fonograficznej, czasem musimy trochę poczekać na ludzi, z którymi jesteśmy umówieni. Siadamy wtedy na kanapie, za którą stoi spory regał z książkami. Zawsze z nudów bierzemy jakąś na chybił trafił i przeglądamy. Ostatnio w ten sposób trafił w nasze ręce album pary fotografów - Daniela i Geo Fuchsów. Były w nim zdjęcia płodów, embrionów, bliźniaków syjamskich, zwierząt. Martwe, często szokująco niekształtne ciała podświetlone na pomarańczowo - efekt był wręcz fantastyczny. Fascynująca estetyka - śmierć i pomarańczowe piękno. Okropne i pociągające. Sztuka... Podczas sesji zdjęciowej do "Sehnsucht" mieliśmy zamontowane na głowach różne dziwne urządzenia, ale to było nic w porównaniu z sesją do najnowszej płyty. Pojechaliśmy do Hamburga - w studiu fotograficznym czekały już ogromne pojemniki z wodą. Państwo Fuchs poprosili nas uprzejmie, byśmy wszyscy zanurzyli się w tych pojemnikach - stąd na okładce zbiorowe podwodne zdjęcie. Dano nam również takie spore przezroczyste garnki, które spełniały rolę hełmów dla nurków... Już po pierwszych zdjęciach zrobionych Polaroidem było wiadomo, że te wszystkie szalone pomysły dadzą świetny efekt. Tak nam się to spodobało, że powstały dosłownie tysiące zdjęć. Dlatego wybieranie kilku fotek na płytę ciągnęły się dosłownie tygodniami.
Otarłeś się kiedyś o śmierć?
Widziałem i przeżywałem śmierć. Śmierć osoby najbliższej, którą bardzo kochałem. Mój ojciec umarł na raka żołądka. Umierał w domu. Kiedy konał, byliśmy z mamą przy nim, przy jego łóżku.
A czy znalazłeś się kiedyś w sytuacji, kiedy twoje własne życie było poważnie zagrożone? Ponad rok temu miałeś wypadek samochodowy...
Czołowe zderzenie, wyglądało groźnie, ale nic strasznego się nie stało. Oczywiście pierwsze chwile po wypadku to był ogromny szok. Ale szok, który dość szybko mija. Może przez tydzień myślałem o tym wszystkim, co by było gdyby i tak dalej. Życie zostało mi jednak darowane, więc staram się nadal z niego korzystać. Ten wypadek był istotnym doświadczeniem, ale chyba nie odmienił mnie w żaden szczególny sposób.
Ojczyzna Niemczyzna
Pochodzicie z Berlina Wschodniego. Często wracacie pamięcią do czasów NRD? Może czerpiecie jakieś inspiracje z tych wspomnień?
Wspominamy ten okres rzadko. Zresztą wiesz o co chodzi, przeżywaliście podobne klimaty - nie wydaje mi się, żeby NRD i komunistyczna Polska różniły się w jakiś drastyczny sposób. NRD gdzieś ciągle w nas tkwi - jeżeli przez tyle czasu żyłeś w takich okolicznościach, to na pewno zostaje ci piętno na całe życie. Nie da się tego wyrugować.
Gdybyś urodził się we Włoszech, na pewno grałbyś inną muzykę. Jak wspominasz ten Berlin, który cię ukształtował?
Jest taka stara niemiecka piosenka ludowa o księciu i księżniczce. Byli bardzo w sobie zakochani, ale dzieliła ich wielka rzeka - nie mogli się spotkać. Książę postanowił przepłynąć przez rzekę - decyzja odważna, ale utonął. Nietrudno porównać rzekę z piosenki do Muru Berlińskiego. Patrzyło się co też za nim jest, chciało się przez niego przeskoczyć, ale nie było można. Gdybyś spróbował, zaraz by cię zastrzelili.
Zjednoczenie Niemiec było bardzo istotnym wydarzeniem nie tylko dla Niemców. Ale od środka widać inaczej. Jak wspominasz ten moment?
W czasach NRD mniej więcej połowa moich przyjaciół albo decydowała się na ucieczkę, albo starała się o pozwolenie na wyjazd. Można było otrzymać taką swego rodzaju wizę, ale było to raczej mało realne - zależało od samopoczucia urzędników w danym dniu. Już łatwiej było uciec - na przykład przez Wągry. Kiedy Mur wreszcie upadł, mogłem poodwiedzać moich przyjaciół porozrzucanych po różnych rejonach Niemiec. Dziś to pewnie dziwnie brzmi, ale wtedy możliwość swobodnego podróżowania była naprawdę olbrzymią rewelacją. Ale jest jeszcze kwestia zmian, które zaszły w ludzkiej mentalności. Teraz może stać cię na nowego Mercedesa albo nową lodówkę, ale nie ma już tej wzajemnej ludzkiej życzliwości, tego porozumienia, tej solidarności. Możesz też zapomnieć o różnych przywilejach socjalnych - darmowym kształceniu czy opiece medycznej.
Często mówi się o nieporozumieniach w kontekście twórczości Rammsteina. Skojarzeniach z polityką, faszyzmem i tak dalej. Odcinacie się zdecydowanie od tego wszystkiego. Ale jakich innych skojarzeń można się było spodziewać po tym, jak w klipie do waszej wersji "Stripped" Depeche Mode wykorzystaliście fragmenty filmów Leni Riefenstahl? Może i ładne obrazki, ale kręcone na zamówienie hitlerowskiej maszyny propagandowej...
Autorem klipu "Stripped" jest reżyser, który wcześniej robił nam teledysk do "Du hast" - byliśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z nim. Przyszedł do naszego biura z surowym montażem fragmentów filmów Leni Riefenstahl. Z punktu widzenia estetyki rzecz była świetna. Ale wkrótce zdaliśmy sobie sprawą, że popełniliśmy ogromny błąd. Błąd, którego nie mamy zamiaru nigdy więcej powtarzać. Chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, z jakimi reakcjami będziemy musieli się liczyć. Polityka i sztuka to są dwie różne sprawy, ale czasem krzyżują się w sposób bardzo niebezpieczny.
Autor: Igor Stefanowicz
Źródło: Tylko Rock

Zalogowani: 5













