news zespół twórczość fanklub forum
Newsy
Skocz Do
Jesteś z "pokolenia"...
Musisz być zalogowany aby zagłosować.
Skomentuj na forum
Archiwum sond
Galeria
Polecamy
lastfm

.:: Prasa, radio, telewizja by pariser

(12.2006)

Pamiętam, oglądałam kiedyś reportaż, w którym kilku podnieconych Amerykanów pokaleczoną niemczyzną recytowało z pamięci słowa: "Pan Bóg wie - nie chcę być aniołem". Wiedziałam, o co chodzi, jednak dla pozostałych "współoglądaczy" widok ten był niemałym szokiem - jak ci próżni i puści Amerykanie są w stanie zapamiętać kilka wersów w obcym języku? Jak widać, wyroki boskie są niezbadane, bo w następnym ujęciu pokazano salę pełną rozpalonych Amerykanów piejących chóralnie niemieckie "Einz - hier kommt die Sonne, zwei...". Widok to był zaiste wzruszający. Rammstein to pierwszy zespół z dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, który porusza i Amerykanów i Japończyków, Rosjan, Czechów i Brazylijczyków. Wszyscy kochają Rammstein, a my o nich piszemy.

Nie mam ochoty

"Po tych wszystkich latach, wspólnie zdecydowaliśmy, że potrzebujemy przerwy - mówi Richard Z. Kruspe, gitarzysta Rammstein. - Nadszedł czas, by nabrać dystansu zarówno do tego, co tworzymy jak i do siebie nawzajem. Przez ostatnie 13 lat przebywaliśmy ze sobą praktycznie non stop. Szczególnie, jeśli chodzi o ten zespół, rzeczy mogą wydawać się wyjątkowo trudne. Pracujemy w demokratycznych warunkach, wszelkie decyzje podejmujemy poprzez długie rozmowy, które nie zawsze muszą być przyjemne. Naprawdę dobrze, że zdecydowaliśmy się na przerwę. Po wydaniu "Reise, Reise", "Rosenrot", a teraz DVD uwierzcie, że odpoczynek był jedyną rzeczą, jakiej potrzebowaliśmy".
Niecierpliwych i podejrzewających najgorsze pragnę zapewnić, iż w przyszłym roku grupa ma zamiar ponownie wkroczyć do studia z zamiarem nagrania kolejnego albumu. Niemcy nie mają zamiaru jeszcze zejść z tego padołu, możecie spać spokojnie.

Rammstein tworzy sześciu muzyków. Sześć odmiennych osobowości, sześć charakterów, które często trudno pogodzić. Richard potwierdza: "W Rammstein zawsze rywalizowaliśmy między sobą. Podczas nagrywania "Mutter" wewnątrz zespołu panowało bardzo duże napięcie. Musiałem się usunąć. To wtedy zdecydowałem się przenieść do Nowego Jorku. Jeśli ten zespół miał przetrwać, musiałem wyjechać, by mógł znów oddychać. Decyzja o przeprowadzce nie była łatwa, ale wszystko złożyło się doskonale. Dzięki wyjazdowi mogłem bardziej poświęcić się rodzinie".
Ostatnio jednak nie tylko rodzinie. Podczas, gdy pozostali muzycy Rammstein podróżowali, wylegiwali się na najpiękniejszych plażach tego świata, odpoczywali po napiętym okresie pt.: "Reise, Reise" i "Rosenrot" Richard zajął się pracą nad solowym projektem.
"Pozostali chłopcy wyjechali na wakacje, ja pojechałem do Szwecji, by pracować nad moim projektem. Materiał brzmi inaczej niż Rammstein. Pracowałem nad róznymi piosenkami. To nowe przedsięwzięcie, wszystko robię w nim samodzielnie. Jednak nie chcę nazywać tego projektem solowym. Z racji tego, że Rammstein robi sobie w tym roku przerwę, mogłem poświęcić się tylko temu materiałowi. Zajął mi zdecydowanie dużo czasu".

Od dobrych kilku lat Richard mieszka w Nowym Jorku. Jak twierdzi, miasto to bardzo go inspiruje i przenika. Pojawiło się wiele refleksji dotyczących zmiany miejsca zamieszkania. Wszystkie te czynniki sprawiły, że samodzielny materiał muzyk zatytułował Emigrate.
"Nowy Jork daje mi dużo weny. Muzycznie, Emigrate brzmi bardziej amerykańsko niż niemiecko, chociaż ciągle jest to mieszanka stylów z tych dwóch części globu. Śpiewam po angielsku, ale muzyka ma coś z niemieckiej maniery. Powiedziałbym, że kawałki są na pewno bardziej melodyjne... Trudno mi jednak przyrównać te muzykę do jakiegokolwiek innego brzmienia. Mnie się podoba i stanowi dla mnie wysoką wartość szczególnie dlatego, że pierwszy raz planowałem wszystko sam - od początku do końca. Chyba odkryłem drugie powołanie, gdyż cały ten proces niezmiernie mi się spodobał. Nikt, kto sam tego nie przeżył, nie uwierzy, jak wiele wysiłku i poświęcenia wymaga praca nad albumem. Ludzie nie doceniają tego. Jednak, nie jestem tu po to, by narzekać. Jestem szczęśliwy" - O Emigrate dokładniej poczytać możecie na stronie internetowej tego projektu.

Rosenrot
Cicha woda brzeg rwie

"Rosenrot", który ukazał się dokładnie rok temu to piąty, studyjny materiał Niemców. Krążek ten wydano zaledwie rok później po premierze fantastycznego "Reise, Reise". Wiemy doskonale, że na "Rosenrot" składają się kawałki nagrane podczas sesji do "Reise, Reise", jednak z różnych powodów nie zamieszczone na tym albumie. Po przesłuchaniu "Rosenrot" wielu odbiorców poczuło może nie tyle zawód, co swoisty niesmak. W recenzji płyty zamieszczonej w Metal Hammerze (nr 12/2005) czytamy, że "album budzi po prostu mieszane uczucia. Przede wszystkim zniknęła gdzieś ta niesamowita energia, którą miały pierwsze, tak fascynujące przecież płyty Rammstein. Nie ma tutaj też magii i mistycyzmu, a to przecież te elementy uczyniły z "Mutter" ponadczasowy album". Nie trzeba być wytrawnym znawcą metalu, by usłyszeć, że "Rosenrot" brzmi gorzej od poprzednich dokonań zespołu. Podkreślić przy tym muszę, że na tle europejskiej sceny muzycznej, materiał ten ciągle jednak przedstawia się całkiem znośnie. Jak to mawiają "kto raz spróbował szampana, temu byle jabol smakować nie będzie". No właśnie... Pojawiły się pogłoski, jakoby "Rosenrot" wydany został naprędce, bez przemyślenia, wręcz pochopnie i dla kasy. Ponadto, plotki głosiły, że zespół pragnąc zakończyć kontrakt z Universalem zdecydował się tak prędko opublikować piąty materiał studyjny. Nietrudno się domyślić, że muzycy zaprzeczają postawionym zarzutom i na pytania o przepychanki z wytwórnią ogólnikowo i okrężnie odpowiadają: "Właściwie nie musimy niczego renegocjować, bo jesteśmy w tej chwili zupełnie niezależni. Nie pospieszaliśmy premiery. To właśnie jedna z rzeczy, która jest w Rammstein niesamowita. Gdy słuchasz naszej muzyki, oglądasz teledyski albo uczestniczysz w koncertach, zdajesz sobie sprawę, że nie jest ważna ilość, a jakość. "Rosenrot" to inny materiał, ale na swój sposób wspaniały. Nie chodziło mi o to, że chcialiśmy przyspieszać, ale akurat to była ostatnia płyta, która wywiązywała nas z kontraktu".

Jesteś tym, co jesz...

Za co ludzie kochają Rammstein? To głupie pytanie, bo odpowiedzi będzie tyle, ilu słuchaczy. Osobiście bardzo cenię zespół za odwagę i brak kompleksów. Śpiewają po niemiecku, zachowują dystans do swego wyglądu i twórczości. Są konsekwentni, opracowany plan realizują sumiennie i nie wahają się przekroczyć granicy konwenansów, a często i dobrego smaku. Robią to nie po to, by zostać zauważonym. Ludzie wiedzą doskonale, że istnieją. Oni w swoisty sposób wyrażają potencjał twórczy. Jednak nic nie jest tak ważne jak muzyka. A ta potrafi przemówić zarówno do fanów metalu jak i miłośników rocka, czasami nawet i do ludzi, którzy kochają się w radiowych przebojach. Zróżnicowanie to służy jak najbardziej na korzyść Rammstein. Nie można im zarzucić, że skoro grają dla wszystkich to równie dobrze dla nikogo. Świat docenia Rammstein, a skoro miliony recytują teksty zespołu z pamięci, to geniusz Niemców nie może być zmyślony.
Kunszt grupy potwierdzają liczne nominacje oraz nagrody muzyczne. Na przykład w tym roku muzycy nominowani są do nagród MTV w kategorii najlepszy zespół niemiecki. W chwili pisania artykułu wyniki nie były mi znane. Przypuszczam jednak, że konkurencja w postaci Tokio Hotel czy jakichś innych "pierdolników" nie będzie miała w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia...

Rammstein nominowany był także dwukrotnie do nagrody Grammy. W 1999 roku stanęli do boju w kategorii najlepszy występ metalowy za piosenkę "Du hast", a w 2005 roku za "Mein Teil". Niemcy wprowdzie nagrody nie otrzymali, ale sama nominacja jest już wielkim zaszczytem. Richard przyznaje, że "jedyna rzecz, jaka mi się marzy to nagroda Grammy. Może to trochę próżne, ale byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdybym posiadał taką statuetkę. Już sama nominacja jest dla nas ogromnym wyróznieniem - w końcu jesteśmy niemieckiem zespołem. Wierzę, że prędzej czy później na pewno zdobędziemy tę nagrodę. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest fakt, że nominację otrzymaliśmy za piosenkę, za którą pozwano nas do sądu..."

No właśnie. Mimo swej programowej twardości, w pewnym momencie zespół trafić musiał na równie twardego przeciwnika. Gdy w 2004 ukazał się teledysk do singla "Mein Teil", promujący album "Reise, Reise" w niemieckich mediach zawrzało. Obraz prześmiewczo, a zwłaszcza bezpośrednio i bez ogródek traktuje o kwestii kanibalizmu. Tekst piosenki powstał w oparciu o autentyczną historię. Niejaki Armin Meiwes, o skłonnościach homoseksualnych i niepoczytalności umysłowej, skazany został za zabójstwo i kanibalizm. Nie przeszkodziło mu to jednak pozwać Rammstein do sądu z zarzutem naruszenia wizerunku, a także znieważenia. "Okazało się, że facet, o którym opowiada "Mein Teil" wytoczył nam proces - opowiada Richard - Cóż, w Niemczech powstał nawet o nim film. Gościu był na tyle zdeterminowany, że poszedł do sądu z żądaniem zaprzestania projekcji tego obrazu. Udało mu się wygrać. Naprawdę, nie rozumiem jak do tego mogło dojść. Wszystkie filmy i piosenki powstają na podstawie prawdziwych historii. Jak można pójść z tym do sądu? W naszym przypadku, ten człowiek po prostu nas zainspirował. To szaleństwo".
Wynik rozprawy, z racji, iż to powództwo cywilne nie został podany do oficjalnych wiadomości. Pewne jest jedno - nawet, jeśli szanowny pan kanibal sprawę wygrał, czy tego chciał, czy nie, przysporzył Rammstein nowych fanów i sprawił, że singiel trafił na 2 miejsce niemieckiej listy przebojów.

Męskie klejnoty

Kruspe twierdzi: "wiedzieliśmy, że teledysk do "Mein Teil" musi wyglądać inaczej. Wspólnie postanowiliśmy, że każdy z nas przez 30 minut będzie robił co chce, to co czuje w tym momencie. Wszyscy robiliśmy coś innego, a żaden z nas nie wiedział, co zrobili pozostali. To było świetne". Prowokacja zdaje się być wpisana w statut zespołu. Niektórzy rozumieją ją jako celowe, zadziorne działania, które mają zwrócić uwagę odbiorcy. Richard twierdzi, że takie zachowanie na pewno nie jest głównym celem zespołu. Mówi: "W Europie prowokacja może być postrzegana jako część naszej pracy. Myślę, że zawsze musisz mieć jakiś określony program i czasem z premedytacją go przekraczać. Nie można myśleć, czy to się sprzeda albo czy postępujesz słusznie. Intuicja staje się tu niezmiernie pomocna. Sądzę, że dynamika, jaka charakteryzuje zespół jest jego ważnym elementem. Gdy się spotykamy, każdy z nas przychodzi z innymi pomysłami. To chemia, jaka istnieje między nami. To jest właśnie prowokacyjne".

Jak zwał tak zwał, w każdym razie nie widziałam jeszcze "normalnego" teledysku Rammstein. O ile zdarzają się grzeczne teksty, o tyle niesforne klipy to już u Niemców norma. I nawet jeśli sam koncept nie jest podszyty szatańskim szyderstwem, to diabeł tkwi w szczegółach albo puencie i na wierzch zawsze wyjdzie. Owo wychodzenie może być czasami aż nazbyt dosłowne. Otóz, gdy obejrzymy obleśny teledysk do kawałka "Mann Gegen Mann", naprawdę nie jednemu obiad podniesie się do gardła. Nadzy muzycy wysmarowani oliwką, a Lindemann za mikrofonem odziany tylko w obcisłe i skąpe, lateksowe wdzianko zasłaniające męskie klejnoty. Kruspe twierdzi: "To genialny teledysk. Wyglądamy tam strasznie gejowsko. Reżyserią zajął się Jonas Akerlund, który kilka lat temu kręcił wideo do "Smack my Bitch up" The Prodigy. To bardzo dobry reżyser, dokładnie potrafi wyczuć klimat i wie, co robić. Wszystko robi samemu. Podziwiam go". Oczywiście, pseudopruderyjne MTV zakazało puszczania obrazu przed 22.00.

Moje serce płonie

"Feuer frei!" śpiewa Lindemann i aby nie pozostać gołosłowny zionie ogniem w stronę publiczności. Tak, jak jedni zakładają skórzane spodnie, inni tapirują irokeza, tak Rammstein łączy te atrybuty i dodaje do nich mnóstwo pirotechniki. Ci, którzy widzieli zespół na żywo sami doświadczyli tego spektakularnego występu, inni mogli oglądać te wybryki chociażby na teledysku do wyżej wspomnianego "Feuer Frei!". Richard Z. Kruspe twierdzi: "Rammstein to pirotechnika. Nie chcę tego zmieniać. Użycie tych efektów dostarcza nam jednocześnie sporo zabawy i adrenaliny. Ciężko jest transportować całą tą maszynerię. Wiąże się to także z wysokimi kosztami. Jest to jednak integralna część zespołu, bez której nie bylibyśmy w pełni sobą. Uwielbiamy wielkie koncerty. Uwielbiamy bawić ludzi".

W piosence "Kings of Metal" Manowar słyszymy: "Inne kapele grają, Manowar zabija". Słowa te można sparafrazować i na nasze potrzeby użyć jako: "inne zespoły grają, Rammstein płonie". Kontynuując ten wątek, Chrisoph Schneider (perkusja) twierdzi, że w życiu powinno robić się zawsze swoje. A często i robić ponad. Patrząc na Rammstein, słowa te wydają się być idealnym odzwierciedleniem polityki grupy. Perkusista mówi: "Musisz zdać sobie sprawę, że 99 % ludzi nie kuma o czym śpiewamy. Trzeba więc wymyślić sposób, by utrzymywać odpowiednią dramaturgię koncertów. Lubimy zabawy z ogniem, lubimy się rozerwać, ale wszystko, co robimy traktujemy poważnie. To połączenie humoru, teatru i wschodnio - niemieckiej kultury".

Był okres, gdy grupa nie używała tak często ognia i pirotechniki. Kruspe wspomina: "Na początku nie mogłem przyzwyczaić się, że nie wykorzystujemy tych elementów podczas koncertów. Staraliśmy się znaleźć złoty środek, bo wiedzieliśmy, że bycie muzykiem wymaga czystości i muzyka ma mówić sama za siebie. Wtedy jednak zdaliśmy sobie sprawę, że Rammstein równa się pirotechnika". Summa summarum dziś znów oglądamy Niemców, którym z rękawów wylatują iskry, a z ust zionie ogień.

Gdy inni latali za dziewczynami,
ja zabawiałem się sam ze sobą

W nauce i rozumieniu języka obcego determinacja i wytrwałość to klucz do sukcesu. Nie ma się co zatem dziwić naszym bohaterskim Amerykanom - by pojąć ogólny sens niemieckich tekstów, a także delektować się licznymi grami słownymi, których Rammstein nie szczędzi w swoich piosenkach, należy gruntownie pojąć germański język. Kolegom zza Oceanu szło całkiem nieźle, a nie są oni jedynym narodem, który za sprawą Rammstein gaworzy teraz po niemiecku. By posilić się przykładem, kunsztem gry słownej, notabene zbudowanym z bardzo prostych elementów, jest jeden z najsłynniejszych numerów grupy, "Du hast". Niemiecki czasownik "haben" (bezokolicznik) oznacza "mieć, posiadać" oraz stanowi część czasownika złożonego w czasie przeszłym. W drugiej osobie liczby pojedynczej "du" (ty) przyjmuje on nieregularną odmianę i brzmi "hast". Połączenie to znaczy tyle, co "(ty) masz". Jednakże, jeśli nie widzimy zapisu tekstowego, a znamy niemiecki, to jesteśmy w stanie przypuszczać, że Lindemann niekoniecznie musi śpiewać o tym, że ty masz a ja nie mam.
Niemiecki czasownik "hassen" oznacza "nienawidzić" i w tej wersji "ty nienawidzisz" brzmi "du hasst". I oto pies pogrzebany, bo nagle, niby kumaty słuchacz, za sprawą homofonów, staje się niekumaty. Po kiego grzyba nam w życiu homofony, tego pewnie nie wie nawet profesor Miodek. Fakty jednak mówią same za siebie. Całe szczęście, wszelkie wątpliwości rozwiewają się w dalszej części utworu, gdy słyszymy: "du hast mich gefragt und ich hab' nichts gesagt" - "zapytałaś mnie, a ja nie odpowiedziałem nic". Czasownik "haben" został tu zatem użyty jako część składowa czasownika w czasie przeszłym. Niby takie to wszystko oczywiste, ale jednak intrygujące... Przynajmniej dla tych, którzy gotowi są ze mną podzielać pasję lingwistyczną...

Zabaw językiem Rammstein dostarcza nam na każdym albumie. Na "Reise, Reise" była to chociażby piosenka "Los". Już sam tytuł budzi mieszame uczucia interpretacyjne:
a) może oznaczać rozkaz do drogi albo generalnie rozpoczęcia jakiejś czynności; to ponaglenie, "do dzieła"
b) może także być przyrostkiem i oznaczać brak jakiejś cechy, np.: "hilflos" - "bezsilny".
Piosenkę można jeszcze analizować dalej, ale jakem świadoma Waszej niecierpliwości daruję dalsze dywagacje.

W dwa ognie dziś zagrajmy

Po premierze "Rosenrot" wiadomo było, że kolejna trasa koncertowa nie jest przewidziana. Światowe koncerty grane, by promować "Reise, Reise" były tak intensywne, że rozpoczynanie kolejnej trasy mogłoby się skończyć dla grupy nie najlepiej. Zmęczenie materiału następuje w końcu w najmniej przewidywalnym momencie. Trasy zatem nie było, ale rok później fani zaszczyceni zostaną DVD Rammstein. Jest to produkcja nadzwyczajna, nie wypada ot tak stwierdzić, że kolejna, trzecia, na koncie zespołu. Z czymś takim do czynienia bowiem jeszcze nie mieliśmy! Emanuel Fialik, menadżer grupy, twierdził w wakacje (o czym zresztą informowaliśmy w hard faxie), że: "więcej zrobić się nie da! Pokazujemy wam wszystko, co można było zamieścić na DVD. Obejrzycie prawie trzy godziny występów z Francji, Japonii, Anglii i Rosji. Poza tym, dołączymy płytę audio, na której zarejestrowano 75 - minutowy zapis koncertu. Nie zabraknie też DVD wydanego w ramach specjalnej edycji. Ta płyta zawierać będzie dwa, 90 - minutowe filmy dokumentalne. W sumie, do rąk fanów trafi zatem potrójny rarytas: dwie płyty DVD i jedna audio. Ponadto, muszę przyznać, że pracujemy nad kolejną niespodzianką... Jednak, w tej chwili najważniejsze jest, by skończyć pracę nad tym materiałem. Nie chcę nikogo trzymać dłużej w niepewności niż do końca października. To była ciężka praca. Z jej efektów jesteśmy niesamowicie dumni. Teraz czekamy na wyrok jaki wydadzą nasi fani".

Wszyscy kibice postenerdowskiej kapeli wyrok wydać będą mogli już 17 listopada. Wtedy bowiem odbędzie się premiera DVD "Völkerball" (po polsku gra w dwa ognie, a nie piłka narodowa, jak w niektórych definicjach lingwistyczni innowiercy raczą przekonywać). Według oficjalnych informacji do sklepów trafią trzy wersje materiału, każda zapakowana w ekskluzywny sposób. Pierwotnie mówiono o dwóch krążkach. Jak nietrudno się domyślić, w Rammstein rzeczy dzieją się szybko i spontanicznie, dlatego cytowana wyżej wypowiedź menadżera grupy wymaga uzupełnienia. A zatem, po kolei. Fani będą mogli wybierać pomiędzy:

- edycją standardową: 2 płyty, to znaczy DVD z zapisem ponad 2 - godzinnych występów na żywo oraz CD z ponad godzinnym nagraniem koncertowym.
- edycją specjalną: 3 płyty, to znaczy DVD i CD jak wyżej plus jeszcze jedno DVD z zapisem 90 - minutowego dokumentu zawierającego m.in. "Anakonda im Netz" oraz "Reise, Reise: The Making Of The Album"
- edycją limitowaną: jest to zawartość edycji specjalnej dodatkowo zaopatrzona w czwartą płytę z nagraniami koncertowymi oraz w pięknie wydany album z fotografiami potretującymi grupę.

Wszystkie koncerty, które oglądać będziemy na DVD odbyły się podczas trasy koncertowej promującej płytę "Reise, Reise". Zobaczymy zespół grający między innymi w Arenes de Nimes we Francji, Club Citta w Japonii oraz w the Brixton Academy w Wielkiej Brytanii. Zdjęcia do 190 stronicowego albumu, doskonale portretującego świat Rammstein, wykonał francuski fotograf Frederic Batier. Jak pisano w materiałach promocyjnych, zdjęcia te przedstawiają muzyków koncentrujących się przed wyjściem na scenę, zespół podczas występów, a także podczas czasu wolnego. Sporo zdjęć przedstawiać na także fanów - "oczekujących, zachwyconych, zaczarowanych". Może gdzieś w tłumie odnajdziecie siebie?

Autor: Ewelina Potocka

Źródło: Metal Hammer

load
Ogłoszenia

» Mapa fanów Rammstein

Logowanie
Login:
Hasło:

+ Zarejestruj się

+ Zapomniałem hasła

Skocz Do
Online
Na stronie: 17
Zalogowani: 5