news zespół twórczość fanklub forum
Newsy
Skocz Do
Jesteś z "pokolenia"...
Musisz być zalogowany aby zagłosować.
Skomentuj na forum
Archiwum sond
Galeria
Polecamy
lastfm

.:: Prasa, radio, telewizja by pariser

(10.2009)

Pięć lat minęło, odkąd Rammstein zajmował się komponowaniem materiału. Przez ten czas muzycy zdążyli od siebie odpocząć, by przy ponownym spotkaniu twórczo wziąć się za łby. O porannej gimnastyce, porno zamku i zimie w Kalifornii - czyli o powstawaniu "Liebe ist für alle da" - opowiedział nam gitarzysta Paul Landers.

"Proszę, dziękuję"... Te czarodziejskie słowa musiała powtarzać Paulowi mama. Posługuje się nimi w języku polskim perfekcyjnie, radośnie witając, gdy przekraczam próg sali konferencyjnej w berlińskiej siedzibie koncernu Universal. Dwa miesiące przed premierą nowego albumu grupy (który wtedy nie miał jeszcze tytułu), po jego tajnym przesłuchaniu. "Do picia, do jedzenia? - nawija dalej gitarzysta. Nie? - wciąż po polsku, z uśmiechem od ucha do ucha. Taki wyraz twarzy będzie towarzyszył mu do końca naszego spotkania. Landers wygląda na absolutnie wyluzowanego i (w przeciwieństwie do niektórych kolegów) szczęśliwego z kształtu, jaki przybrała nowa płyta Rammstein.

Ciężka, prosta, industrialna... Taka jest wasza nowa płyta. Przestaliście się pieścić ze słuchaczami?


Tak (artysta wypowiada to doskonale po polsku i śmieje się z dumą - przyp. bart). Nasze ostatnie płyty były dość epickie. Tym razem założyliśmy sobie, że zrobimy coś mocniejszego. Często rozmawialiśmy z fanami, którzy życzyli sobie nagrania trochę cięższego albumu. I dlatego cieszymy się, że się udało, bo to wcale nie takie proste.

Podobno powstawanie materiału najeżone było problemami. Najpierw zgodziliście się co do muzycznego kierunku, a potem zaczęły się nieporozumienia?

Nie było nieporozumień, problemem było to, że się rozdrabnialiśmy. Mieliśmy po prostu za dużo pomysłów i w którymś momencie sami straciliśmy w nich orientację. Stąd problemy. Różne gusta mamy w zespole od piętnastu lat, to nic nowego. Tym razem powstało jednak zbyt wiele kawałków, byliśmy przeciążeni. Kiedy kończyliśmy któryś z nich, nie wiedzieliśmy już, jaki był na początku... Zaczynaliśmy więc od nowa, a potem znowu nie mogliśmy tego zamknąć. Mieliśmy około 50 pomysłów i nie mogliśmy niczego doprowadzić do końca. Następnie próbowaliśmy wrzucić materiał do komputera i na tym etapie też nie udało się go dokończyć. Te 30 do 50 pomysłów przerobiliśmy cztery razy, aż w końcu zupełnie się poddaliśmy. Usiedliśmy, zredukowaliśmy materiał do dwudziestu kompozycji, żeby zupełnie nie zwątpić w sens pracy nad płytą.

Pracowaliście w ciekawych miejscach. Najpierw mały dom, potem wielki zamek?

Na początku rzeczywiście wynajęliśmy domek gdzieś nad Bałtykiem małe pomieszczenie, w nim małe wzmacniacze i mała perkusja. Chodziło dokładnie o to, żeby wszystko było niewielkie. Na początku siedzieliśmy tam i przez całe dnie nie robiliśmy nic innego, tylko graliśmy na instrumentach, bez zastanawiania się, jaki będzie rezultat. Gdy coś nam się podobało, coś dobrze brzmiało - rejestrowaliśmy to. W ten sposób pracowaliśmy przez miesiąc. Po etapie domku pojechaliśmy do Berlina i próbowaliśmy zgrać pomysły z wyjazdu do komputera, żeby można było ich normalnie posłuchać i żeby Till mógł do nich wymyślić teksty. W tym momencie znów jednak przerwaliśmy. Wtedy dopiero przenieśliśmy się do zamku, który nazywa się Beesenstedt. Tam próbowaliśmy grać piosenki na żywo, ale w pewnym momencie stwierdziliśmy, że to nie jest odpowiednio dobre i ponownie nie doprowadziliśmy sprawy do końca. Warto jednak było tam pojechać, bo Beesenstedt to ciekawe miejsce, kręcone są w nim czasem pornosy.

Trafiła się jakaś naga ekipa podczas waszego pobytu?

Niestety nie (śmiech). Mieliśmy zamek tylko dla siebie. Żeby uzyskać odpowiednią akustykę wyjęliśmy z łóżek wszystkie materace i obiliśmy nimi jedną ze ścian w głównym pomieszczeniu, są zdjęcia, które to dokumentują... Znajdowało się tam ze trzydzieści materaców. Potem w żadnym łózku nie było materaca i musieliśmy spać na ziemi.

Nie wierzę.

He, he, he.

Podobno podczas pracy towarzyszył wam rodzaj jakiegoś wspólnego rytuału. Chodzi o zaprawę sportową czy duchową?

To poranny sport. Poranna gimnastyka, chociaż nietypowa. Zwykle, gdy pracujemy nad płytą, gdy przygotowujemy pomysły - maksymalnie się koncentrujemy. Żaden z nas nie może grać czegoś, co jest poniżej standardów. Schneider stwierdził któregoś razu, że zanim zabierzemy się do pracy, powinniśmy sobie robić małą rozgrzewkę, grać na instrumentach, żeby się rozkręcić. Nazwaliśmy to poranną gimnastyką. Pomysł wyszedł od niego, on o to poprosił, powiedział, że chciałby po prostu 10 minut walić w perkusję, ale przyłączyliśmy się wszyscy - przez 10 minut graliśmy na instrumentach. Z tych 10 minut robiło się z czasem nawet 10 godzin. Były dni, że nie robiliśmy nic innego, tylko w ten sposób zasuwaliśmy. Inne zespoły nazwałyby to jamem, my mówimy o porannej gimnastyce.

W końcu zdecydowaliście się nagrywać w Ameryce. Zakładam, że nie chodziło o kwestie techniczne, bo jest mnóstwo dobrych studiów w Europie...

Zanim pojechaliśmy do Stanów, był jeszcze przystanek w Berlinie. Tu znów staraliśmy się grać próby. Próbowaliśmy nagrywać piosenki na komputerze, ale to się nie udawało. Zaczynaliśmy - nie kończyliśmy. Byliśmy rozproszeni, wszystko się rozłaziło... I dopiero wtedy pojechaliśmy do Stanów. Nigdy dotąd tam nie nagrywaliśmy, to było coś nowego, a my zawsze staramy się robić nowe rzeczy. Poza tym w Kalifornii jest ciepło, czy też - precyzując - myśleliśmy, że jest tam ciepło. I w Europie nie było akurat dostępne żadne porządne studio... Poza tym niezwykle korzystnie wyglądał kurs dolara (śmiech). Tak po prostu wyszło. Najpierw było Los Angeles, gdzie nagraliśmy partie perkusji w świetnym, niesamowicie dobrym studiu Hensona. To był piękny etap. Resztę nagrywaliśmy w Sonoma Mountain niedaleko San Francisco, ale ten etap nie przebiegał już tak gładko. Nie było to inspirujące miejsce, jednak postanowiliśmy doprowadzić sprawę do końca, bo nie mieliśmy do dyspozycji niczego innego. Pierwotny plan był zresztą taki, żeby nagrywać w Morning View w Malibu, ale były z tym problemy, dlatego pojechaliśmy do Sonomy i pracowaliśmy właśnie tam. Ale cała ta historia w sumie nie jest taka ciekawa...

Ciekawe jest natomiast, że podczas pobytu w słonecznej Kalifornii powstała tak mroczna muzyka.

O, to jest właściwe pytanie! Kiedy jedziemy do studia, muzyka jest już właściwie gotowa, na miejscu tylko nagrywamy, więc nie miało to wpływu. W dodatku gdy pojechaliśmy do Kalifornii, wcale nie było tam ciepło, tylko zimno.

Mógłbyś żyć w Stanach, jak Richard?


W Los Angeles - mogę sobie wyobrazić. Ale nie w Nowym Jorku. To kwestia gustu.

Reszta z was mieszka w Berlinie?

Dwóch tak, jestem jednym z nich. Schneider i Flake mieszkają pod Berlinem, Till na wsi, tam, gdzie zawsze mieszkał, w miejscu skąd pochodzi, a Richard krąży między Nowym Jorkiem, a Berlinem.

Ponownie pracowaliście z Jakobem Hellnerem. Podobno tym razem bardziej ze względu na jego umiejętności psychologiczne, umiejętność łagodzenia sporów, niż cokolwiek innego?

Byliśmy bardzo niepewni, bardzo rozproszeni podczas pracy nad tą płytą. W trakcie powstawania materiału wszystko naprawdę się rozłaziło w różnych kierunkach. Nie wiedzieliśmy, czy nam się uda spiąć całość i dlatego stwierdziliśmy, że potrzebujemy jakiegoś stałego punktu. Był nim Jakob, z którym pracowaliśmy przy pięciu poprzednich płytach.

Czy prawdą jest, że konflikty rozgrywały się na granicy przemocy fizycznej?

Najczęściej nie. Zdarzały się bójki, ale najczęściej udawało się rozwiązywać sprawy poprzez rozmowę.

Richard stwierdził, że każdy album Rammstein musi być nagrywany "w bólu, cierpieniu i frustracji".

Ja tak nie uważam. Można nagrać dobrą płytę z radością, bez negatywnych emocji. Nie chcę mówić na temat odczuć Richarda. My dwaj od zawsze mamy przeciwne zdanie, kiedy ja mówię "w prawo", on mówi "w lewo". Kiedy ja "w górę", on "w dół"... Nic dziwnego, że gdy powiem "radość", on rzeknie - "ból".

Może Richard jest wyalienowany z zespołu, ponieważ siedzi w Nowym Jorku?

Nie sądzę. Problem jego alienacji dotyczył raczej dwóch poprzednich płyt, teraz wyszystko się wyprostowało. Na początku nie bywał przy nagrywaniu, ale potem zjawiał się coraz częściej, a w końcu siedział bez przerwy. Z czasem nauczyliśmy się ze sobą komunikować, wzajemnie się akceptować, być twórczy, kreatywni. Staramy się dzielić równomiernie obowiązkami. A w danym utworze górą jest ten, kto ma większe ego.

Porozmawiajmy więc o muzyce. Utwór "Liebe ist für alle da" jest mocno trashowy. Jak doszło do tego, że człowiek o punkowym rodowodzie, z przeszłością w grupie Feeling B, stał się metalowcem?

Tak naprawdę nigdy nie byliśmy prawdziwymi punkami. Staraliśmy się tylko robić prowokacyjną, agresywną muzykę i robimy to nadal. Poza tym Feeling B działało na Wschodzie, a Rammstein jest z Zachodu...

Pamiętasz koncerty z Feeling B, które grałeś w Polsce, w latach 80.?

Jasne! Najlepszy był na jakiejś uczelni w klubie, który nazywał się Remont. Pamiętam też Jarocin, ten festiwal wciąż istnieje? Nadal jest tak dobry?

Niezły jest.

Pamiętam Polskę z tamtych czasów, doskonale zapamiętałem te koncerty. Niemcy nie mogli na nie przyjeżdżać - nie wolno im było, dlatego spotykało się ich rzadko, a Polacy byli bardzo przyjaźni, była świetna zabawa.

Czy to prawda, że miałeś w Polsce dziewczynę, z Mazur?

Owszem, ale nie była z Mazur, tylko z Warszawy. Nie trwało to długo, jednak zostały mi pewne przyzwyczajenia. Za każdym razem, gdy wybieramy się do Polski, staram się jeść "zapiekanki", "bigos", "fasolka" (wszystko wymówione po polsku - przyp. bart), ale w pierwszym przypadku nie jest to już takie proste. Bigos i fasolkę można łatwiej znaleźć. Cieszymy sią zawsze, gdy do was jedziemy, że znowu będziemy mogli pojeść te rzeczy.

"Weidemans Heil" zaczyna się od sygnału łowieckiego, związany jest z tym też tekst. Czy ktoś z was poluje?

Poluje Till. Kiedyś robił to potajemnie, teraz wyrobił sobie pozwolenie i działa legalnie. Czerpie wielką przyjemość z biegania po lesie, ubicia jakiegoś dzika, a następnie pieczenia go na rożnie. Szkoda mi tych istot, ja bardzo lubię zwierzęta. Moim zdaniem byłoby znacznie przyjemniej, gdyby zamiast strzelać do nich ze strzelby, strzelał im fotki, ale nie chce mnie słuchać... Ludzie nie są wcale lepsi od zwierząt. Czasami myślę, że dobrze by się stało, gdyby na Ziemi nie było nas, tylko same zwierzęta. Człowiek ma w ręku broń i uważa, że może robić, co chce. To strasznie głupie.

Nie baliście się urazić austriacką publiczność utworem "Wiener Blut", o sprawie Fritzla?


Nie. Może tłumaczenie na inny język tego dobrze nie oddaje, ale ta piosenka jest w rzeczywistości bardzo poetycka. Owszem, makabryczna, wywołująca dreszcz zgrozy, ale zarazem nie płytka i żenująca, tylko bardzo, bardzo wzruszająca. Nic nie poradzimy, że trzymają się nas takie tematy. Takie widocznie mamy w życiu zadanie. Podobnie jak robaki w przyrodzie - ich zadaniem jest zjadanie mięsa, my odsłaniamy ciemne strony życia, ciemne strony człowieka. Bo życie ma takie strony. Jak długo ludzie będą robić takie rzeczy, tak długo będziemy o nich śpiewać.

A skąd skłonność do seksualnych tematów?


Inne tematy są przecież nudne. Śpiewamy o zwyrodniałych, ekstremalnych stronach życia. Reszta jest po prostu nieciekawa.

Pytam, bo jest tu jeszcze najeżony takimi podtekstami utwór "Pussy". Ktoś z was powiedział, że dorastaliście w wulgarnym humorze - może to was ukształtowało?

No, nie wiem. Jak większość chłopaków mieliśmy do czynienia z wulgarnymi tematami. One nas nie peszą, nie wstydzimy się ich. To także aspekty życia, więc czemu nie? Jak ludzie trochę popiją, też przecież opowiadają sobie świńskie kawały... Różnica polega na tym, że my nie potrzebujemy do tego picia.

To może pozwalacie sobie na tyle, bo działacie w Niemczech? Tu nie obowiązuje taka polityczna poprawność, jak w krajach anglosaskich.

W Niemczech też panuje polityczna poprawność, to jest przerażające. Ale ponieważ wywodzimy się ze wschodniej części, nie musimy się jej poddawać. Nie chcemy tacy być.

W takim razie poproszę o twój ulubiony świński dowcip.

Nie umiem opowiadać dowcipów, nie pamiętam ich. Ostatnio córka sprzedała mi jeden, ale jest zbyt trudny do przetłumaczenia.

Powiedz więc, skąd w "Pussy" muzyczne wpływy z lat 80.?

Linię melodyczną zagraną na syntezatorze wymyślił Schneider. On ma pociąg do muzyki techno. Tak było w tym numerze od początku, pierwsza wersja powstała w tym wiejskim domku.

Jest na płycie kontynuacja waszej przygody językowej: "Frühling in Paris". Francuski język w tekście i odpowiednie dźwięki, chansonowe takie...

Nie ma w tym głębszego podtekstu. Tak po prostu wychodzi. Jeździmy po świecie i próbujemy śpiewać w różnych językach. Był już hiszpański, rosyjski, angielski, czemu więc nie francuski? Natomiast rzeczywiście, wcześniej nie odważylibyśmy się zagrać takich chansonów, ale teraz mamy odwagę, możemy pozwolić sobie na taką piosenkę. Ona ulegała zresztą licznym przekształceniom, miała kilka wersji: hardrockową, z automatycznym beatem przypominającą Nine Inch Nails, w stylu starego Rammsteina, i jak "Wo bist du?" z płyty "Rosenrot"... Żadna jednak nie była dostatecznie dobra. W końcu zdecydowaliśmy się na taką, która jest dla nas najmniej typowa. Postanowiliśmy wybrać coś delikatnego i można to usłyszeć na płycie.

Autor: Bartek Koziczyński

Źródło: Teraz Rock

Tłumaczenie: wsparcie językowe Renata Gulde

load
Ogłoszenia

» Mapa fanów Rammstein

Logowanie
Login:
Hasło:

+ Zarejestruj się

+ Zapomniałem hasła

Skocz Do
Online
Na stronie: 18
Zalogowani: 5