.:: Prasa, radio, telewizja by pariser
Tym razem zapraszam do przeczytania krótkiej relacji, która mogłaby być czymś w rodzaju suplementu do poprzedniego tekstu (MH 7/2004). W tamtym artykule skupiłem się bowiem na przypomnieniu sylwetki zespołu na tle szeroko pojętej sceny industrialno - metalowej. Kończyłem go kilkoma słowami na temat nowej propozycji zespołu. Wtedy nie były mi jeszcze znane muzyczne wątki, penetrowane przez Rammstein w 2004 roku. Dzisiaj, bogatszy o kilka doświadczeń mogę już coś na ten temat powiedzieć...
Idea przesłuchań premierowych nagrań jest dość stara. Szczególnie duże koncerny, w obawie przed piratami, zamiast rozsyłać do redakcji materiały muzyczne, zapraszają tzw. dziennikarzy w wybrane miejsce, by mogli oni posłuchać sobie muzyki. Zazwyczaj wywołuje to cyniczne uśmieszki, setki komentarzy i uwag. Nie zmieni to jednak postaw wytwórni płytowych. Nie zdziwiłem się więc, kiedy zostałem zaproszony do hotelu Marriot w Warszawie by przez kilka minut delektować się nową produkcją Rammstein. W zasadzie powinienem dodać - fragmentem nowej produkcji. Mieliśmy bowiem możliwość wysłuchania sześciu premierowych utworów grupy. Wszystko odbyło się dość standardowo, jeśli nie liczyć jeszcze bardziej wzmożonej kontroli. Tym razem, oprócz konieczności bagaży, komórek i długopisów poza pokojem przesłuchań, każdy z uczestników mitingu został poddany... kontroli pana ochroniarza. Oj, obawiam się, co mnie spotka następnym razem... Choć przyznaję, że nic więcej nie przychodzi mi do głowy...
Zestaw utworów, które odpaliła zgromadzonym miła pani, reprezentująca niemieckiego wydawcę zespołu, otwierał kawałek singlowy, który, tu trzeba pogratulować zespołowi i wytwórni odwagi, był wybitnie nie komercyjny. Jednocześnie zawierał sto procent Rammsteina w Rammsteinie. Mocny, marszowy rytm, subtelne brzmienia chóralne w tle i po delikatnym wstępie potężne uderzenie ściany gitarowego hałasu. Głęboki głos Tilla i... brak jakiejkolwiek rozpoznawalnej melodii. To miał być powrót prawdziwego zespołu a nie skok na kasę, jak się dowiedziałem z rozmów kuluarowych. Tym bardziej ciekawa sprawa, że w wysłuchanym zestawie były co najmniej dwa potencjalne przeboje - "Morgenstern" i "Amerika" z natrętnym, gdzieś już słyszanym motywem melodycznym. "Morgenstern" to z kolei ciekawe nawiązanie do melodii barokowych, mile kontrastujące z potężną muzyką. W zasadzie można powiedzieć, że zespół kontynuuje wątki rozpoczęte na płycie "Mutter", jednak tym razem dużo więcej czasu grupa poświęciła na dopracowanie naturalnego brzmienia, z marginalnym użyciem elektroniki, pełniącej tym razem rolę nie dominującą, ale często usługową. Większy jest też udział żywej muzyki - chór, orkiestra, naturalne brzmienie bębnów. Te ostatnie to efekt długiej pracy w studiu. Słychać naturalny, bardzo dopracowany dźwięk, głęboki bas i gitary, wspomagane pozostałymi instrumentami. Paradoksalnie, naturalność brzmienia jeszcze bardziej uwypukliła mechaniczność tej muzyki. To duża sztuka, która świadczy o sporych zdolnościach muzyków i dogłębnie przemyślanej koncepcji. Jeśli więc ktoś spodziewał się nowości, penetrowania nieznanych rejonów muzycznych, może się poczuć zawiedziony. Jeśli jednak liczyliście na kontynuację krążka "Mutter" możecie spokojnie szukać po wakacyjnej przerwie (premiera płyty przewidziana jest na wrzesień) płyty "Reise, Reise" w sklepach. Trzyletnia przerwa pozwoliła zespołowi przemyśleć swoje działania, odpocząć (przecież gigantyczna promocja "Mutter" mogła muzyków skutecznie zniechęcić do grania...) i z nowymi pomysłami wejść do studia...
Okazało się jednak, że nie była to jedyna niespodzianka, jaką przygotowano dla pismaków tego dnia. Do Polski przylecieli bowiem sami muzycy, by osobiście opowiedzieć o nowej muzyce. Kiedy zobaczyłem Tilla, z którym miałem na kilka minut zagłębić się w tajniki świeżo nagranej płyty, lekko się przestraszyłem. Fakt, na zdjęciach i koncertach robi wrażenie, jednak dopiero w osobistym kontakcie zaskakuje jego potężna budowa. Prawdziwy, niemiecki kolos, apoteoza robotnika. Brakowało tylko młota pneumatycznego, tym razem zastąpionego... garniturem i przyjacielskim uśmiechem. Till nie był może zbyt wylewny, starając się zapewne zachować pozę mrocznego wokalisty, dawkował odpowiedzi, udało się jednak dowiedzieć kilku ciekawych szczegółów dotyczących nowej płyty...
Szczególnie intrygujący i ryzykowny był wybór singlowego zwiastuna płyty w postaci utworu "Mein Teil". Till ma na ten temat bardzo konkretne zdanie:
Masz rację, że to ryzykowny pomysł. Mieliśmy do wyboru sześć piosenek, nad którymi się zastanawialiśmy. Postanowiliśmy jednak, że skoro Rammstein powraca na scenę po trzech latach milczenia, trzeba będzie zaakceptować ten fakt jakimś mocnym uderzeniem. Dlatego wybraliśmy utwór, który jest bardzo charakterystyczny dla stylu Rammstein. Jednak już wiadomo, że drugim singlem będzie bardziej melodyjny, popowy wręcz utwór "Amerika".
W pewnym sensie jest to prowokacja ze strony zespołu, co zgadzałoby się z ideą tworzenia takiej muzyki, opierającej się w dużej mierze na igraniu z wrażliwością widza i słuchacza. Czyli na prowokacji...
Tak, prowokacja jest nam z założenia przypisana. Często dzieje się tak, że opisujemy w piosenkach sytuacje, które wydarzyły się naprawdę. Tak jest np. w utworze "Mein Teil". Jest to utwór o człowieku, który za pośrednictwem internetu znalazł innego gościa, którego postanowił... zjeść. Było to dość głośne wydarzenie w Niemczech. Jeśli więc ktoś mówi mi, że to jest prowokacja, odpowiadam: "pocałujcie mnie w dupę!" To jest rzeczywistość! To się dzieje tu i teraz. A jest to temat tak chory, że aż wart opisania i zmierzenia się z tą sprawą za pośrednictwem utworu muzycznego. Jednak trudno nazwać opisywanie takich rzeczywistych historii prowokacją! W zasadzie prowokacja nie odgrywa w naszej twórczości żadnej roli...
Skoro pojawił się już temat tekstów z nowej płyty, warto coś powiedzieć także na ich temat...
Utwory na tej płycie tekstowo nie stanowią jakiejś całości. Każda piosenka opisuje inną historie. Tak więc na przykład "Mein Teil", jak już mówiłem, traktuje o współczesnym kanibalizmie, "Reise, Reise" jest o marynarzu, z kolei "Flug Angst" to wymyślona historia dziejąca się w samolocie.
Tillowi utwór ten przypadł do gustu, ponieważ pokusił się o krótki opis historyjki:
Utwór mówi o ojcu, który wraz ze swoim dzieckiem leci samolotem na urodziny matki. W pewnym momencie samolot wpada w turbulencje, zaś ojciec, cierpiący na klaustrofobiczny strach przed lataniem zaczyna się bać, także jego dziecko zaczyna odczuwać strach i wskakuje na kolana swojego taty. Ojciec panicznie się bojąc, obejmuje swoje dziecko silnym uściskiem ramion - turbulencje nasilają się, zaś ojciec odczuwając coraz większą grozę, nieświadomie zwiększa uścisk i dusi nim swoje dziecko... Okazuje się, że turbulencje wywołał może nie Bóg ale "ojciec niebios", niezadowolony, że przez powietrzne królestwo, będące tylko jego własnością, leci samolot. Wzywa on duszę dziecka, by dołączyło do jego "świty" pozostałych osób, które zabrał...
Zaskakująca, niemal "king`owska" historia, która zyskała równie mroczną oprawę muzyczną. Jednak miłośnicy dotychczasowego oblicza zespołu mogą spać spokojnie. Wydawać by się mogło, że taki zespół jak Rammstein będzie dążył do wzbogacenia swojej muzyki nowymi, zaskakującymi elementami. Tymczasem "Reise, Reise" jawi się bardziej jako kontynuacja płyty "Mutter".
Czy można przyjąć, że Rammstein znalazł jakiś "złoty środek" w swojej twórczości...
Faktycznie, w pewnym sensie nowa płyta jest kontynuacją krążka "Mutter", jednak na "Reise, Reise" jest znacznie więcej żywego, naturalnego grania. Do przodu został wysunięty śpiew, są partie żywego chóru, są instrumenty smyczkowe, zaś elektronika, sequencery zostały zepchnięte na plan dalszy. Muzyczna kontynuacja - jak najbardziej, jednak jest to inna płyta, różniąca się od poprzednich produkcji.
Czy są jednak na tej płycie jakieś elementy, które mogą zaskoczyć fanów zespołu?
Może ktoś będzie rozczarowany, że mniej na tej płycie takich mechanicznych, marszowych rytmów, że bardziej popowo to wszystko brzmi - trochę asekuracyjnie wypowiada się Till - można to porównać do twórczości Red Hot Chili Peppers, którzy dawniej byli zadziorni, funkowi, a teraz tworzą po prostu piękne piosenki. Mówiąc szczerze, podobają mi się teraz bardziej, w takiej piosenkowej szacie. Można porównać naszą muzykę do koniaku - trzyletni koniak może smakować bardzo dobrze, może rozpalać, być mocnym napojem, ale dojrzały smakuje inaczej - gładko, łagodnie, po prostu jest lepszy. Taki właśnie lubię pić i wyciągać tego typu porównania (śmiech...)...
Wprawdzie Till wspominał, że mniej na płycie mechanicznych rytmów, jednak rytmika tym razem - mimo wszystko - bardzo podkreślona, więcej do powiedzenia mają instrumenty perkusyjne, świetne i potężnie brzmiące...
Na wcześniejszych płytach, na warstwę perkusyjną nagraną przez naszego bębniarza, była nakładana warstwa elektroniki, syntetycznych rytmów, które w dużej mierze zmieniały i wzmacniały brzmienie. Tym razem wynajęliśmy dla naszego perkusisty specjalne pomieszczenie w Szwecji (mimo, że cała płyta była nagrywana w Hiszpanii...), dzięki czemu uzyskaliśmy bardzo naturalne i tak jak powiedziałeś, bardzo potężne brzmienie bębnów, które w dużej mierze wpływa na odbiór całej muzyki...
Bardzo ważnym elementem w działalności Rammstein jest oprawa graficzna koncertów. Momentami możne się wręcz wydawać, że owe scenografie, ognie i otoczka wizualna mogą spychać muzykę na dalszy plan.
Z tymi efektami i całą oprawą sceniczną jest trochę tak, jak ze staniem na wierzchołku góry. Mało brakuje, aby się przechylić w jedną lub drugą stronę i spaść. Musimy zachować daleko posuniętą równowagę. Niewątpliwie jest to dla nas bardzo istotna sprawa, owo przygotowanie występów i muzyki od strony choreograficznej i wizualnej. Jednak równie ważne jest także, by oprócz tych efektów było coś jeszcze. Aby dać coś zarówno dla oczu jak i uszu. Ważne jest, by widz otrzymywał zarówno bodźce wizualne i dźwiękowe. Staramy się nie zaniedbywać żadnego z aspektów naszej twórczości..." Till dodaje również, że intensywnie pracują nad nowymi efektami, jednak szczegóły fani poznają dopiero na występach: "Na razie wszystko jest w przygotowaniu i nie mogę powiedzieć nic pewnego. Musimy ustalić wszystko od początku - np. czy światła, które będą nas oświetlać będą powieszone, czy będą stać na scenie, czy będą ustawione z przodu czy z tyłu sceny. Potem będziemy ustalać szczegóły ale nad tym dopiero zaczniemy pracować.
A jak wygląda taka praca przed trasą koncertową, gdzie przebiegają przygotowania, do których potrzebne są zapewne duże pomieszczenia i spora ekipa?
Wygląda to w ten sposób, że przed trasami koncertowymi mamy tzw. "tygodnie podwyższonej gotowości". Wchodzimy do sali prób i ogrywamy całe "sety" koncertowe. Mamy przerwy na obiad, w zasadzie wygląda to jak tradycyjny dzień w pracy - zmiany pracownicze... Ustalamy kolejność piosenek, około czterech tygodni ćwiczymy cały repertuar. Potem przenosimy się do specjalnie przygotowanego pomieszczenia - zazwyczaj jest to wynajęta hala - gdzie znajduje się cały sprzęt, oświetlenie i efekty specjalne. Zaczyna się wtedy ćwiczenie całego repertuaru w połączeniu właśnie z tymi efektami, zgrywaniu poszczególnych wydarzeń na scenie z muzyką.
Elementem nierozerwalnie związanym z zespołem od zarania jego twórczości jest muzyka industrialna. Chociaż grupa nie przyznaje się do końca do takich inspiracji, trudno porównań uniknąć.
To jest po prostu takie zwyczajne zaszufladkowanie - śmieje się Till - był jednak pewien szwedzki dziennikarz, który nazwał twórczość Rammstein "porno - metalem". I takie porównanie szczególnie mi się podoba. Nową płytę określiłbym jako "soft - porno - metal". Często mówi się o konkretnych wpływach, np. Einsturzende Neubauten, świetnej, industrialnej grupy niemieckiej, jednak nigdy nie mieli oni na nas bezpośredniego wpływu. Oczywiście, w rozwoju niemieckiej muzyki jest to grupa bardzo zasłużona, nie wiem, czy ze mną zgodzą się pozostali muzycy Rammstein?
Niestety, czas jaki wyznaczono na rozmowę z Tillem szybko dobiegł końca, czego zwiastunem byli pracownicy firmy Universal, czuwający nad terminowym przebiegiem spotkań. Na zakończenie dowiedziałem się, czego może sobie życzyć taki zespół jak Rammstein.
Może to zadanie życia - nagrać osiem płyt, może tak się stanie? Nigdy jednak specjalnie niczego nie planowaliśmy. Najważniejsze są teraz festiwale, koncerty, promocja nowej płyty. Po tym wszystkim przyjdzie czas na następną płytę i tak dalej... Nie stawiamy sobie przed sobą jakichś niebotycznych, niemożliwych do zrealizowania celów...
Tym optymistycznym akcentem zakończyło się spotkanie, po którym mam jedynie krótką refleksję - nie trzeba się obawiać o zespół Rammstein. Bowiem nagrywając płyty traktujące często o rzeczach odrealnionych i mrocznych, grupa tak naprawdę stoi mocno na ziemi. Może jest to właśnie recepta na długowieczność? Kto wie?
Autor: Arek Lerch
Źródło: Metal Hammer

Zalogowani: 5













