.:: Prasa, radio, telewizja by pariser
Christoph był obecny również na targach Musik Messe we Frankfurcie. Wyraźnie dało się zauważyć, że jest to w Niemczech bębniarz niezwykle popularny i jego status gwiazdy jest niepodważalny. Dzięki uprzejmości firmy Sabian, która organizowała spotkanie z muzykiem mieliśmy szansę porozmawiać chwilę celem uzupełnienia wywiadu Davida Westa. Interesowały nas w szczególności jego początkowe lata gry ma bębnach, gdy dorastał w Niemczech wschodnich. Czy podobnie ja my, Christoph miał tak samo ciężko?
Pojawił się punktualnie w sobotnie przedpołudnie na stoisku Sabiana. Tłum stopiowo zadeptywał dotychczasową atmosferę sielskości targów. Wszakże był to dzień otwarty i mieszkańcy Frankfurtu zanim zasiądą przed swoimi sobotnimi sznyclami, mają możliwość pochodzić sobie po jednych z największych targów muzycznych na świecie... Pozazdrościć. Christoph od razu został zauważony przez fanów, którzy powoli zaczęli osaczać stoisko Sabiana. Wysoki, smukły przystojniacha, z lekkim wpływem siłowni i chyba dużym pani kosmetyczki. Zasiadł z buteleczką wody w ręku w oczekiwaniu na zwolnienie pokoju do wywiadów. "Perkusista" był pierwszy w dość krótkiej kolejce, ponieważ o sam wywiad z muzykiem nie było wcale tak łatwo. Przycupnęliśmy więc sobie razem i zaczęliśmy komentować powstały wokół harmider. Panowie z Rammstein słyną z małomówności i raczej stronią od udzielania wywiadów. Christoph okazał się jednak bardzo sympatycznym i otwartym koleżką. Z iście niemiecką rzetelnością sumiennie odpowiadał na nasze pytania.
Pamiętasz swoje pierwsze nagrania?
Ooo tak! To było dla pewnego włoskiego zespołu. Przenieśli się do Amsterdamu, by nagrać swój pierwszy album. Producent kapeli zatrudnił mnie, ponieważ stwierdził, że będę lepszy od laski, która grała u nich na bębnach.
Mieli pannę za bębnami?
Tak, to był zespół z Sycylii i mieli perkusistkę. Poznałem się z nimi, polubiliśmy się, więc wszedłem do studia, gdzie miałem około dwóch dni na swoje partie bębnów. To był także mój pierwszy raz, gdy grałem pod metronom, więc tym bardziej byłem podekscytowany całą sytuacją. Pierwszy dzień był dla mnie bardzo trudny i producent miał ze mną sporo pracy (śmiech), ale w końcu nagrałem to i wydaje mi się, że wyszło nieźle. Wszedłem w zespół i zrobiłem swoje. Najciekawsze jednak jest to, że zaraz po ukończeniu sesji natychmiast dostałem okrutnego bólu zęba. Z tych wszystkich nerwów i emocji, bo to było wielkie przeżycie dla mnie, rozbolał mnie ząb i musiałem iść szybko do dentysty. Całą jedną stronę twarzy miałem napuchniętą z tych emocji (śmiech).
Mówiłeś we wcześniejszej rozmowie dużo o sesji nagraniowej z ostatniej płyty. Co chciałbyś rozwinąć w swojej grze?
Wiesz, gdy tak spojrzę na czasy, kiedy zaczynałem grać, na to, czego słuchałem i w sumie słucham wciąż, są to głównie rzeczy z lat siedemdziestątych oraz zespoły metalowe cały New wave itd... Moja gra jest zorientowana właśnie głównie w tym kierunku. Nawet, gdy gram rzeczy znacznie inne niż te w Rammstein, to staram się przede wszystkim rozwinąć samego siebie, wejść na wyższy poziom. Wszystko to, o co chodzi w graniu polega na tym, by przede wszystkim rozwijać samego siebie jako osobę. Nigdzie przecież się nie wybierasz w sensie - jesteś i grasz na bębnach. Ciągle mi to sprawia wielką przyjemność. Z rzeczy technicznych obecnie staram się rozwinąć bardziej te słabe punkty, jak np. lewe kończyny.
Rzeczywiście, widziałem, że jako praworęczny często grasz techniką open - handed.
Dokładnie, lubię tak grać z wielu względów. Zdecydowanie czuję się wtedy bardziej komfortowo, nie jestem tak ściśnięty i - co najważniejsze - pomaga to przy śpiewaniu, ponieważ przy skrzyżowanych rękach śpiewanie nie jest do końca czynnością, która wychodzi naturalnie. Do tego wiadomo, jest to bardzo dobre ćwiczenie. W sumie zacząłem tak grać, ponieważ miałem obolałe plecy i pozycja wyprostowana z nieskrzyżowanymi rękoma jest wtedy wygodniejsza. A wracając do rozwoju to chcę jeszcze rozwinąć swoje nogi. Głównie lewą. Chcę bardziej popracować nad grą na dwie centralki.
No własnie, jesteś dość energicznym bębniarzem. Nie miałeś żadnych problemów ze zdrowiem do tej pory?
Nie, kompletnie. Tym, co trzyma mnie w kondycji to jest po prostu granie na bębnach. Występowanie na scenie i żywe reagowanie na grę, rytmiczne machanie niemal każdą częścią ciała jest swego rodzaju gimnastyką. Oczywiście, bardzo dużo pomaga mi również joga. Jest to doskonałe rozruszanie wszystkich stawów i rozciągnięcie mięśni. Musisz być w ruchu, to poprawia twoje samopoczucie, bo inaczej czujesz się, jak... ech...
Powiedz mi, co podczas występów na żywo doprowadza cię do pasji?
Na pewno fakt, że mocno się pocę. Ma to znaczenie, gdy masz pomalowaną twarz i np. tusz na oczach. Nie lubię strasznie, jak mi się zatykają systemy odsłuchowe. Wiesz, noszę w uszach te małe słuchawki i gdy jesteś przepocony nagle to wszystko ci się zasysa i jesteś jak w kosmosie (śmiech). Musisz to wyciągnąć, suszyć. Tak, to jest wnerwiające. Nie lubię także tych wszystkich wietrznych scen, gdzie wieje ci z każdej strony. Czasami mam też coś takiego związanego z dyspozycją dnia, np. czuję, że mój hi - hat lub siedzisko nie jest we właściwej pozycji... Nie wiem, jak to jest, ale wszystko jest ustawione tak, jak wczoraj, a mi coś nie pasuje i kręcę tym stołkiem (śmiech). Nie widzę publiki, bo kąt jest inny i już mnie to zastanawia, czemu niby tak nisko siedzę. Pytam technicznego: "Nie zmieniałeś nic?". "Nie, nic nie zmnieniałem, wszystko mierzę, sprawdzam i za każdym razem jest tak samo".
Co jest tajemnicą Rammstein, że jesteście ze sobą już tyle czasu?
Hm... Tu chodzi chyba głównie o to, że wiemy, co chcemy robić i wszyscy wierzą w siebie wzajemnie, wierzą w naszą przyjaźń. Darzymy się wzajemnie zaufaniem. Zależy nam na tym, by utrzymać taki stan rzeczy. Nigdy nie zastanawialiśmy się, by kogoś wymienić. Oczywiście w sytuacjach, gdy ktoś nie byłby w stanie grać z różnych względów, sytuacja wyglądałaby inaczej. Nigdy nie myśleliśmy, by kogoś usunąć, bo akurat w danym momencie mamy słabsze chwile i ktoś z kimś ma jakiś konflikt lub się na coś obraził. Zawsze staramy się rozwiązywać problemy i nie dopuszczać do konfliktowych sytuacji.
A jak to bywa podczas tour? Sam wspominałeś, że potrafi człowiek zmęczyć się wspólnym przebywaniem...
Na trasie sprawa jest paradoksalnie łatwiejsza, ponieważ spędzamy ze sobą więcej czasu i poznajemy się bliżej. Poza trasą każdy ma swoje życie prywatne, każdy ma swoje rodziny. W takich sytuacjach tracimy kontakt ze sobą i to może być początkiem ewentualnych problemów. Na trasie po paru tygodniach czujemy się już praktycznie, jakbyśmy byli na wakacjach. Wiadomo jednak, że czasami trzeba odpocząć.
Co robisz, gdy już wracasz z trasy? Czasami gracie naprawdę cholernie długo...
Nic. Po prostu nic. Co najwyżej muszę trochę ogarnąć w domu (śmiech), a tak naprawdę to robię po prostu nic. Odpoczywam. Później stopniowo wracam do normalnego życia.
Jak postrzegasz swoją karierę, jej wzloty i upadki, momenty, gdy zespół zaczął się wspinać wyżej?
Kiedy zaczynałem grać na bębnach, moi rodzice mówili bez przerwy, żebym zajął się czymś normalnym (śmiech), bo to nie prowadzi do niczego, nie będę miał z tego żadnego utrzymania. Nie słuchałem tego, co mówili, bo zawsze sobie powtarzałem, że o ile moja, nazwijmy to, kariera rozwija się to będę szedł za ciosem i to robił. Gdy w pewnym momencie odwróciłem się i spojrzałem wstecz na to, co robiłem, widziałem na przestrzeni lat ten progres. Z zespołem stopniowo przechodziliśmy krok po kroku stopień wyżej i wyżej. Na każdym takim poziomie rozwoju mieliśmy wspaniałe chwile... Pamiętam, że gdy byliśmy nieznanym zespołem to chcieliśmy grać w klubach i halach, gdzie grają inne zespoły. Kiedy to osiągnęliśmy mówiliśmy sobie: "Tak, zrobiliśmy to!". Wszystko szło bardzo naturalnie. To jest istotna kwestia szacunku, pokory i docenienia tego wszystkiego, co się zrobiło. Zastanawiam się często, jak młode zespoły, których członkowie mają po 18 lat, nagle nagrywają jakiś hit i grają w wielkich halach. Nam zajęło 15 lat, by to osiągnąć! Wydaje mi się, że taka kolej rzeczy może rodzić kłopoty, bo dla nich coś takiego jest normalne. Uważają, że są kimś wyjątkowym, tylko, że jeżeli nie utrzymasz takiego poziomu lądujesz w małych klubach, w których nigdy nie grałeś. Jest to dla nich kompletny szok i świadomość pewnego upadku. U nas rozwój działał stopniowo. Tym bardziej, że pochodzimy ze wschodu i nie mieliśmy tylu możliwości, co na zachodzie.
Dobrze wiem, o czym mówisz, jesteśmy z tej samej strony "żelaznej kurtyny". W Polsce również nie było łatwo...
Pamiętam, że przed Rammstein grałem w takim zespole, który wcześniej grał na festiwalu w Polsce, nazywał się Jaz...
Jarocin?
Tak, Jarocin! Pamiętam taki plakat z punkiem, co miał wielkiego irokeza (śmiech).
Dokładnie, a jak to wyglądało w NRD?
Kiedy zaczynałem grać na bębnach był to czas, gdy cały system zaczął się powoli zapadać. Była to połowa lat osiemdziesiątych. Powstawało wtedy wiele zespołów, coś się zaczynało dziać. Wbrew pozorom bardzo miło wspominam ten okres i uważam go za jeden z ważniejszych w moim życiu.
Jak wyglądała sprawa ze sprzętem?
Oczywiście mieliśmy problemy ze sprzętem. Pamiętam, że miałem taką czechosłowacką perkusję...
Amati!
Taaak, Amati. To były wtedy niezłe bębny.
Stary, mieliśmy to samo w Polsce!
Miałem je dość długo i powiem ci, że nie było wcale tak łatwo je dostać. Na sklep rzucano zazwyczaj jedną sztukę. Trzeba się było zapisywać na jakieś listy, stać w kolejkach...
Talerze również? Jaki kolor, zapewne czerwony?
Talerze również, sprzedawali je w całych pakietach: bębny, hardware i talerze. Wystawiało się pudełka i można było grać. Kolor miała - rzecz jasna - czerwony. Wcześniej miałem jakieś stare bębny, gdzie statywy miały cieniutkie rurki, a nóżki były płasko na ziemi. Amati było takim skokiem do przodku (śmiech).
Piękna sprawa. Nie miałeś nigdy ochoty odpocząć od bębnów?
Miewałem tak kiedyś, kiedy kompletnie nie przejmowałem się tak naprawdę, na czym gram, co się dzieje ze sprzętem. Od paru lat interesuję się mocno tym, na czym gram, jakie jest moje brzmienie. Sprawa jest prosta, jeżeli masz lepszy sprzęt to i zadowolenie z twojej gry jest większe. Masz większą motywację. Gra na kiepskim sprzęcie często deprymuje. To oczywiste.
Ok, dzięki wielkie. Parę słów na koniec. Może chciałbyś pozdrowić kogoś w Polsce?
Cóż mogę powiedzieć. Trzymajcie się! Raczej nie znam zbyt wielu polskich kapel. Pamiętam, że taki zespół kiedyś był - Armia.
O tak, to teraz mocno chrześcijański zespół...
To oni jeszcze grają?! W tamtych czasach to była mocna kapela. A tak poza tym... Nie! Znam tego perkusistę z Dimmu Borgir - Daray, spoko bębniarz...
Autor: podziękowania dla TheBoss
Źródło: Perkusista

Zalogowani: 5













