news zespół twórczość fanklub forum
Newsy
Skocz Do
Czy wiesz która partia wygrała wybory w Niemczech?
Musisz być zalogowany aby zagłosować.
Skomentuj na forum
Archiwum sond
Galeria

.:: Historia by Vater & Cohonez

Prolog | Rozdział 1 | Rozdział 2 | Rozdział 3 | Rozdział 4

Początek

 

Niniejszy tekst powstał w oparciu o oficjalne informacje z kariery zespołu, takie jak zawartość albumów, czy daty koncertowe. Jednakże sporo oficjalnych wieści przeplatanych jest tym, co przez lata udało nam się dowiedzieć buszując w literaturze, mediach, internecie, a nawet rozmawiając z osobami związanymi nieco bliżej z zespołem. To, czego nie udało się zweryfikować, opisaliśmy jako plotkę lub pogłoskę. Ale koniec z preambułą. Miłej lektury.

Opowieść o dziejach zespołu zaczniemy od narodzin Zvena Kruspe, dziś znanego jako Richard. Przyszedł na świat 24 czerwca 1967 roku w Wittenberge. Jak się okazało przez wiele lat fani mylili ową miejscowość z Witenbergą, stolicą Reformacji, o czym sam zainteresowany poinformował w wywiadzie dla LoudWire w 2014 roku. Otóż Zven mieszkał w ciasnym domu z matką, ojcem, dwiema siostrami i starszym bratem, Gordonem. Zven był skrytym i małomównym dzieckiem, toteż rodzeństwo ustawicznie mu dokuczało. Na domiar złego, rodzina Kruspe szybko się rozpadła. Po niedługim czasie przyszły muzyk wraz z matką i jej nowym partnerem przeprowadzili się do miejscowości Weisen na północy Niemiec. Właśnie tam zaczęły się młodzieńcze fascynacje muzyką rockową, aczkolwiek już od czwartego roku życia Zven zaznajomiony był z grą na gitarze. Młody Zven chodził po ulicach miasta oświadczając wszem i wobec, że zostanie gwiazdą rocka. Jego zapał skutecznie studził ojczym - zagorzały socjalista, zwolennik rozwoju poprzez prace fizyczną. Był on dużą przeszkodą, ale niewystarczającą. Większym problem wydawała się narodowa cenzura, powstrzymującą wpływy kapitalistycznych kapel z zachodu. Często zamiast muzyki docierały jedynie informacje dotyczące samych zespołów. Jednym z nich okazał się fenomenalny wówczas Kiss, propagujący w swoich tekstach demokracje i wolność słowa. Był to świetny chwyt dla buntującej się NRD-skiej młodzieży, która w akcie protestów pisywała nazwę zakazanego zespołu gdzie popadnie. Za umieszczenie w zeszycie takiego napisu można było zwyczajnie wylecieć ze szkoły. Ten nieprzyjemny incydent przydarzył się młodemu Kruspe, ale w szkole pozostał - uratowały go doskonałe osiągnięcia sportowe w sekcji zapaśniczej. Wymierzono mu lżejszą karę i na najbliższym szkolnym apelu był publicznie napiętnowany. Dziś muzyk wspomina, że w jego pokoju wisiał ogromny plakat Kiss i pewnego dnia jego prokomunistyczny ojczym podarł mu go na drobne kawałeczki. Zven sklejał plakat całą noc, aby rano znów zawisł nad łóżkiem. Pragnienie wolności było wtedy najsilniejsze.

 

Oryginalne płyty zachodnich kapel można było zdobyć tylko na czarnym rynku. Były bardzo drogie, zwłaszcza na kieszeń chłopca z niezamożnej rodziny. Rozwiązaniem na tą bolączkę stały się pirackie kopie, powielane kasety magnetofonowe aż do zupełnej utraty dźwięku. Pierwszy oryginał przyszłego gitarzysty to Dead Kennedys. Zakupił go podczas wakacji na Węgrzech, bowiem ten kraj miał wówczas najmniejszy stopień socjalistycznego reżimu. Dało się tam legalnie nabyć część publikacji muzycznych, których sprzedaż była w NRD zakazana. Na teren Węgier można było wwozić tylko określoną, niewielką ilość pieniędzy, toteż wybór był zawsze niezwykle trudny. Kruspe wspominał, jak z wielkim żalem zostawiał na półkach stoisk płyty, które tak bardzo chciał mieć. Lata osiemdziesiąte, to dla Zvena czas twórczy. Wtedy postanowił, że będzie zawodowo grał na gitarze. Swoje pierwsze pieniądze zarobił pracując w skupie butelek. Nie było to bardzo dochodowe zajęcie, ale kilka miesięcy wystarczyło, aby zakupił sobie używany instrument. Przede wszystkim chciał wzorować się na dynamicznych riffach Led Zeppelin i AC/DC. Pociągła go techniczna strona agresywnych dźwięków, chciał tworzyć hardcorową muzykę z domieszką melodyjności popu. Dużym impulsem okazała się twórczość Depeche Mode a zwłaszcza kompozycje Martina Gore`a. Kolejne lata przynosiły nowe doświadczenia początkującemu gitarzyście. Przechodził z kapeli do kapeli, ale w żadnej nie czuł się spełniony muzycznie. Czuł wyraźnie ograniczające go otoczenie i niemoc twórczą. Marzył o założeniu własnego zespołu, ale w obecnej sytuacji nie było to możliwe. Koledzy nie byli chętni do współpracy, nie potrafili tak jak Zven oddać się w całości komponowaniu, toteż w 1988 roku dwudziestojednoletni letni Kruspe przeprowadził się do Berlina, by tam spróbować swoich sił. Wynajął tam skromne mieszkanie w pobliżu centrum i tam zamiast imprezować jak jego rówieśnicy, skupił się na szlifowaniu swojego warsztatu. Był to okres wielkich przemian na szczeblu społecznym i politycznym. Przełom w Polsce ruszył lawinę we wszystkich państwach objętych ustrojem socjalizmu. Nastąpiły masowe migracje, protesty, demonstracje i strajki. Wojny uliczne między policją a obywatelami. Taki klimat nie sprzyjał muzykowaniu. Dla Zvena miarka się przebrała 10 października 1989 roku, gdy aresztowano go za udział w buncie, z którym w rzeczywistości nie miał nic wspólnego. Trafił do celi na sześć dni, gdzie przetrzymywano go wiele godzin pod ścianą i dotkliwie bito za każdy ruch. To zdarzenie silnie odbiło się w jego psychice. Znienawidził całym sercem komunistyczne władze i socjalistyczny ustrój. Po krótkim namyśle postanowił opuścić kraj. Wkrótce po zaakceptowaniu przez rząd migracji, 9 listopada 1989 roku, Kruspe wyjechał na Węgry, stamtąd zieloną granicą przedostał się do Austrii a później do Niemiec Zachodnich, czyli RFN. Zamieszkał znów w Berlinie, ale tym razem po wolnej, demokratycznej stronie. Był to przełom, który zapoczątkował nowy etap jego twórczości. Wiele myślał nad sobą i swoimi ambicjami, aż wkrótce postanowił założyć własny zespół. Tak narodziła się formacja Orgasm Death Gimmick. Nie była to jego wymarzona kapela. Dziś Richard twierdzi, że grali jak większość grup, wtórnie, wzorując na amerykańskich zespołach metalowych. Cały materiał ograniczył się do nagrania trzech taśm demo (kolejno w 1991, 1992 i 1993 roku), które nigdy nie znalazły wydawcy. Co ciekawe, perkusistą zespołu był Sascha Moser, który pojawia się później w historii Rammstein, o czym jeszcze wspomnimy. Muzyka zespołu nie nadawała się do wyrażania uczuć, a tych w młodym Zvenie przybywało z dnia na dzień. Poznał kobietę, zakochał się w niej, a wkrótce urodziła mu córkę, Khirę Li. Związek jednak nie trwał długo. Kruspe został ojcem wychowującym samotnie dziecko. Co ciekawe matka Khiry, to ex-żona samego Tilla Lindemanna. Chłopcy spotkali się już kiedyś w jednej z kapel, ale nikt Tilla nie znał jako wokalisty.

 

Wkrótce Zven zaczął posługiwać się publicznie swoim drugim imieniem, czyli Richard. Jak sam stwierdził, to pierwsze było brzydkie i nie pasujące do muzyka, ponadto był zdania, że każdy powinien mieć możliwość zmiany swojego imienia. Aby zaoszczędzić na czynszu wynajął swoje małe mieszkanie, a nowym współlokatorom przedstawił się już jako Richard. Zaznaczmy jednak, że ów mieszkańcy to nie byle kto, a Christoph Schneider i Olivier Riedel. Christoph Schneider urodził się 11 maja 1966 roku w Berlinie. Już od młodzieńczych lat był typem kobieciarza. Zawsze i z każdego miejsca potrafił przyprowadzić dla siebie, i często dla kolegów, jakąś dziewczynę. Podobnie jak kolega, miał swoje osiągnięcia sportowe. Kilkakrotne zwycięstwa w międzymiastowych rozgrywkach piłki ręcznej. Na początku próbował swoich sił jako wokalista w niezależnym zespole Die Firma. Była to kapela grająca połączenie punka z folkiem. Jednak Christoph szybko odkrył, że śpiewanie to nie jest to, co chciałby robić w muzyce. Pociągała go perkusja. Instrumentem tym fascynował się już od dzieciństwa. Na czternaste urodziny dostał od swojego brata Stefana pierwszy zestaw bębnów, zbudowany pieczołowicie z pojemników na śmieci. Nie dziwne więc, że po przemieszaniu składu Die Firma, zaczął tam grać na bębnach. Niemal od razu został zauważony przez muzyków, szalenie popularnej wówczas grupy punkowej Feeling B. Kiedy został poproszony o gościnne granie na perkusji, nie zawahał się ani chwili. Oczywiście on również nie mógł wyżyć z samej muzyki, dlatego po ukończeniu szkoły został instalatorem telefonów w Berlinie. Zarobione pieniądze przeznaczał na czynsz, a resztę inwestował w swój warsztat muzyczny. Podczas jednego zlecenia telekomunikacyjnego poznał Olivera.


Oliver Riedel przyszedł na świat 11 kwietnia 1971 roku w Schwerinie. Do szesnastego roku życia nie znał swojej matki, która zaraz po porodzie, opuściła rodzinę. Wróciła dopiero po drugim nieudanym małżeństwie. Przez ten czas Olivera i jego brata wychowywał ojciec. Matka Olivera założyła własną restaurację, w której zatrudniła syna, jednak ich relacje zawsze pozostały bardzo chłodne. Dwa dni po ukończeniu siedemnastu lat przez Olivera, jego ojciec i brat zginęli w wypadku. Chłopiec został praktycznie sam. Ujścia swoich emocji zaczął szukać w muzyce. Na początku był sztukatorem, ale szybko zrozumiał, że jego powołaniem jest gitara. Od dwudziestego pierwszego roku życia gra na basie. Okazał się bardzo zdolnym muzykiem i wkrótce z kolegami założyli zespół The Inchtabokatables. Grupa, podobnie jak pozostałe tworzyła odmianę punku, tym razem jednak bardziej eksperymentalną. Wokalistą w kapeli został współlokator Olivera - Richard. To był jedyny zespół, gdzie Kruspe oprócz gitary również śpiewał. Zespół wydał swoją oficjalną płytę w 1993 roku, o tytule "White Sheep". Był to niewątpliwy sukces, jednak ambitny Richard potrzebował czegoś świeżego, zupełnie innego niż wzorowany na amerykański punk. Zrozumiał też, że bycie wokalistą to nie jego rola. Chciał grać na gitarze, ale do mikrofonu potrzebował kogoś innego. Wtedy przypomniał sobie o Tillu.


Till Lindemann urodził się 4 stycznia 1963 roku w Lipsku. Swoją młodość spędził w niedużej miejscowości Wendisch Rambow niedaleko Schwerinu. Miał uzdolnioną artystycznie rodzinę, toteż z domu wyniósł literackie zamiłowania. Matka Tilla - Gitta była felietonistką, a później dziennikarką. Do niedawna jeszcze pracowała w lokalnym radiu północno-zachodnich Niemczech jako szef redakcji kulturalnej. Ojciec Tilla - Werner - był pisarzem. Tworzył głównie książki dla dzieci. Zmarł w 1992 roku na raka żołądka. Pisał również wiersze, ale Till twierdzi, że były okropne i przez to nabrał na pewien czas uprzedzeń do poezji. Może to prawda, lecz na pewno antypatia wzięła się z niechęci do ojca. Werner nie był dobrym ojcem i mężem, ale zmienił się pod koniec swojego życia. Pogodził się z rodziną, a gdy umierał we własnym domu, przy jego łóżku był syn i żona. Dziś Till wspomina, że bardzo przeżył tę chwilę.
Jako chłopiec dość opornie przyswajał szkolną wiedzę. Rodzice posłali go do matematyczno-fizycznej klasy, w której nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Zapału do nauki też dużego nie miał. Odnosił za to ogromne sukcesy sportowe, chociaż jak dziś wyznaje, kultura fizyczna była i jest mu całkiem obojętna. Na sekcje zawodnicze musiał uczęszczać, bo taki był zwyczaj dla chłopców w jego wieku. Zdanie dziecka się wtedy nie liczyło. Już w 1974 roku jedenastoletni Till rozpoczął edukację w szkole wychowania fizycznego na sekcji pływackiej. Uczęszczał tam przez sześć lat. Uwieńczeniem jego pracy był ogromny sukces - tytuł Wicemistrza Europy juniorów. Został zakwalifikowany do letnich igrzysk olimpijskich. Niestety, swoją karierę sportową musiał przerwać z powodu poważnej kontuzji mięśni brzucha, która uniemożliwiła mu dalsze treningi. Wówczas Till postanowił zająć się muzyką. Na początku próbował gry na gitarze, jednak szybko zrozumiał, że to nie jest instrument dla niego. Następnie przyszła kolej na bębny. Gra na perkusji przypadła mu do gustu, ale nie wykazywał w jej kierunku większych zdolności. Pewnego dnia znajomy podarował mu mały zestaw perkusyjny i od tej pory Till ćwiczył regularnie w domu, aż osiągnął zadawalający jego zdaniem efekt. Cztery tygodnie nauki wystarczyły, aby postanowił założyć własny zespół. Tak narodziła się punkowa kapela First Arsch. Okazała się całkiem udanym pomysłem i zaczęła odnosić sukcesy. Wiele razy gościnnie w grupie Tilla grał Richard, który mieszkał jeszcze wtedy w pobliskim Schwerinie. Około 1986 roku rozpoczęli swoją koncertową trasę, objeżdżając kilkanaście miast NRD. Próbowali wykazać się czymś więcej niż samym graniem. Już wtedy inscenizowali małe show, które wyróżniało ich spośród innych kapel. Na scenie płonęły wraki samochodów a muzycy demolowali atrapy instrumentów. Takie występy jak na owe czasy przyciągały prawdziwe tłumy. Były owacje i bisy, w czasie których Lindemann wstawał od perkusji by zagrać na gitarze basowej. Podobały mu się takie eksperymenty. Wymyślił nawet, że założy dwuosobowy projekt opierający się tylko na sekcji rytmicznej. Pomysł doszedł do skutku, ale nie przetrwał długo. Lindemann pełnił w nim podwójną rolę. Brzdąkał na basie i śpiewał. First Arsch wydali płytę "Saddle up" w 1990 roku.


Szybko okazało się, że w socjalistycznych Niemczech nie da się wyżyć z samego grania. Till zatrudnił się jako pomocnik stolarza. Nie uczył się już w szkole, więc groziło mu pójście do wojska, a wymigać się w NRD nie było łatwo. Kiedy dostał wezwanie nie stawił się na pobór. Groziło mu więzienie, więc wyjechał potajemnie ze swojego miasta i zamieszkał w Schwerinie. Poznał tam kobietę, z którą wkrótce wziął ślub. Nie mieli dzieci, a związek szybko się rozpadł. Jego matka wyszła ponownie za mąż. Wybrańcem był amerykański grafik. Till znalazł nową pracę jako wyplatacz wiklinowych koszyków.

 

Był początek lat dziewięćdziesiątych i Richard mieszkał już wtedy w Berlinie. Przyjeżdżał jednak, co pewien czas do swojej starej miejscowości, aby odwiedzić rodzinę. Właśnie tam spotkał swojego muzycznego kolegę Tilla zajętego wyplataniem kosza i nucącego sobie pod nosem jakieś piosenki. Specjalnie ukrył się za drzwiami, aby móc posłuchać i nie speszyć podśpiewującego Lindemanna. Ku zaskoczeniu Kruspe, znany mu dotąd jako perkusista Till brzmiał naprawdę ciekawie. Wówczas pomyślał, że byłby niezłym wokalistą. Postanowił mu to zaproponować. Znał go już od dziesięciu lat i właśnie zrozumiał, że to idealny człowiek dla tego zadania. Miał ciekawy, głęboki głos i niebywałą posturę - a ten aspekt był równie ważny, jeśli chodzi o występy sceniczne. Obaj panowie założyli własny poboczny projekt, w którym komponowali zupełnie odmienny rodzaj muzyki. Richrad zajmował się gitarą i tłem dźwiękowym, a Till rytmiką i śpiewem. Był to wokal zupełnie innego stylu niż dotychczas. Ideą było stworzenie czegoś mrocznego, ponurego i ciężkiego. Na początku były to tylko próby, ale szybko okazało się, że ta dwuosobowa twórczość jest bardziej interesująca od muzyki ich zespołów. Postanowili się jej całkiem oddać. Wkrótce Till przeprowadził się do Berlina zachodniego i zajął się dopracowywaniem brzmienia swojego głosu. Chciał, aby był niski i skrajnie głęboki. Sekcję rytmiczną przejął współlokator Richarda - Oliver Riedel, któremu już znudził się The Inchtabokatables.


Znaczącym elementem w historii powstającego zespołu okazała się wizyta w USA. Richard, Till i Oliver pojechali koleżeńsko z zespołem Feeling B. Do składu kapeli, oprócz Christopha należeli jego koledzy Paul Landers i Christian Lorenz. Wraz z paroma innymi muzykami grali koncerty, a trójka eksperymentatorów po prostu zwiedzała Stany. Podczas wspólnego powrotu, zarówno jedni jak i drudzy wymieniali swoje spostrzeżenia dotyczące monotonii w amerykańskiej muzyce. Stwierdzili, że nie chcą ich naśladować. Potrzebują czegoś oryginalnego, nowego. Czegoś, co zabrzmi jak maszyny, będzie twarde, mechaniczne i jednostajne. Schneider natychmiast przystał na ten pomysł i jeszcze w drodze umówili się na sesje nagraniową w mieszkaniu Richarda. Christopher siadł za perkusją, Oliver zajął się basem, Richard gitarą a Till wokalem. Po paru próbach zarejestrowali pierwszą kasetę demo. Brak profesjonalnego studia nie był tu przeszkodą. Lokal wygłuszono kocami. Jako że pora była późna, Lindemann swoje partie nagrał pod kołdrą, aby nie drażnić sąsiadów. Teksty były po angielsku. Powstało tylko pięć piosenek i z tym materiałem zgłosili się do konkursu organizowanego przez władze miasta dla młodych kapel. Udało im się zająć pierwsze miejsce a tym samym wygrać nagrodę, którą była sesja w profesjonalnym studiu nagrań. Kolega Christopha - Paul, z którym wspólnie grali w Feeling B, był bardzo zaskoczony sukcesem tak odmiennej muzyki. Nie przypuszczał, że odejście od punkowej mody może się mu spodobać i brzmieć o wiele ciekawiej.
Paul Landers urodził się 9 grudnia 1964 roku w Berlinie pod nazwiskiem Heiko Paul Hiersche. Jego ojciec był Niemcem, a matka Polką. Ooje byli natomiast nauczycielami i gdy Paul miał dziewięć lat przeprowadzili się do Moskwy. Tam matka Paula uczyła niemieckiego w wyższej szkole handlu zagranicznego, a ojciec pracował jako profesor języków słowiańskich. Po roku jednak wrócili do wschodnich Niemiec, gdzie zamieszkali w Berlinie. Tam też Paul dorastał. Od dwunastego do trzynastego roku życia, Paul uczył się grać na pianinie. Po ukończeniu szkoły znalazł pracę jako palacz w miejskiej bibliotece. Jak już wspomnieliśmy, naprawdę nazywa się Heiko Hiersche, ale odkąd pierwszy raz pojawił się na scenie występuje pod znanym do dziś imieniem. Na gitarze zaczął grać już jako nastolatek. Właściwie tylko ten instrument go zainteresował. Razem z pewnym białoruskim kolegą założyli kapele Feeling B, która dziś jest uważana za legendę europejskiego punku. Wiele razy występowali w Polsce. Gościnnie grywał też w innych kapelach, miedzy innymi, w folkpunkowym Die Firma.


Kiedy zaproszono go do mieszkania Richarda na przesłuchanie nowego materiału niemal zaniemówił. Postanowił rzucić swoją dotychczasową karierę, aby móc grać w formującej się grupie. Była to odważna decyzja, zwłaszcza, że Paul był szalenie popularny, jak na owe czasy. Spodobał mu się jednak typ muzyki jak i tematyka krążąca wokół uczuć. Warto odnotować, że w 1984 wział ślub z Nikki Landers, jednak dwa lata później para rozwiodła się. Paul przejął od zwojej partnerki nazwisko i od tego czasu to nim się posługuje. W 1990 roku - z kolejnego związku gitarzysty - urodził się syn o imieniu Emil. Richardowi przyzwyczajonemu do samodzielnego grania, trudno było sobie wyobrazić drugiego gitarzystę w zespole. Jednak, kiedy Paul przytaszczył swój sprzęt i pokazał co potrafi, zmienił zdanie.


Brakowało jeszcze jednej osoby. Kogoś, kto zajmie się partiami klawiszowymi. Muzyka, której riffy miały brzmieć jak maszyny potrzebowała podkładu i tła. Cała piątka nowatorskich muzyków pomyślała wówczas o Christianie Lorenzie.


Christian Lorenz znany też później jako Flake, urodził się 16 listopada 1966 roku w Berlinie. Jego matka pochodziła z Gdańska. Od dzieciństwa targały nim ambicje. Koniecznie chciał zostać kimś znanym, najbardziej lekarzem, albo mieć do czynienia ze sztuką. Oczywiście podobnie jak jego pozostali koledzy wywodził się z Niemiec Wschodnich, a to ograniczało wszelkie możliwości rozwoju w takim kierunku. Wręcz przeciwnie, aby zarabiać na życie, po szkole musiał ukończyć kurs zawodowy i zatrudnił się w fabryce. Swoje artystyczne marzenia wyładowywał w grupie Feeling B, był tam klawiszowcem od samego początku i podobnie jak Paul przyczynił się, do wyniesienia tej kapeli do rangi kultowej. Zawsze wybierał nowatorstwo i lubił eksperymentować. Po upadku komunizmu ukończył wyższe studia muzyczne jako pianista klasyczny, jako punkowy muzyk nie mógł nawet o tym myśleć. Próbował również swoich sił wokalnych w zespole Rhythm & Blues, ale szybko odkrył, że to nie jego działka. Sławę przyniosły mu próby przemycenia elektroniki do punku. Właśnie ten element przykuł uwagę, eksperymentujących z mechanicznie brzmiąca muzyką, kolegów. Christian jednak wcale nie był chętny opuszczać Feeling B. Lubił luźny, pozbawiony ograniczeń tryb życia i nie bardzo podobało mu się granie tak mrocznych, ciężkich dźwięków. Niemniej Richardowi i reszcie bardzo zależało na jego osobie, zwłaszcza, że posiadał trudno dostępny wówczas sampler Akai. Paul jako jego najbliższy przyjaciel zaciekle go namawiał, aż ten się zgodził. Szóstka muzyków zaczęła realizować swoją własną wizję poprzez dokładanie pomysłów każdego z grających. Flake jak się okazało nie tylko uzupełnił tło dźwiękowe, ale nadał całej twórczości zespołu nowy, podszyty elektroniką wyraz. Postawił też warunek. Zostanie w grupie, pod warunkiem, że teksty będą tylko po niemiecku. Parę prób wystarczyło, aby każdy zrozumiał, iż tak właśnie mają brzmieć. Był rok 1993 i wówczas przystąpili do ciężkiej pracy.

 

Oczywiście ludzie przyzwyczajeni do zamerykanizowanych zespołów narzekali, że śpiewanie po niemiecku nie ma przyszłości i zamyka drogę do kariery za granicą. Chłopcy nie przejęli się tym szczególnie. Czuli, że niemiecki idealnie wyraża treść i charakter tego, co w nich samych grało. Dodatkowo smutną inspiracją stawało się ich prywatne życie. Till, który w między czasie ponownie się ożenił, znów przeżywał trudny okres. Dorastającą córka Maria-Luisa sprawiała problemy, a związek wydawał się bardzo kruchy. Mimo to urodziła im się druga dziewczynka Nele. Jednak po niedługim czasie żona Tilla, wyprowadziła się ze swoją pierwszą córką, zostawiając męża z kilkuletnim dzieckiem. Nie lepiej było w życiu Flake. Kiedy tylko zaczął udzielać się w nowym zespole, odszedł od swojej małżonki, zabierając ze sobą małą Annie. Bolesne sprawy sercowe dotknęły wszystkich, szybko wpływając na tematykę powstających utworów.


Przyszła kolej na nazwę. Byli muzycy Feeling B: Flake, Paul i Christoph wymyślili Rammstein-Flugschau. Oba słowa zostały dobrane nieprzypadkowo. Wyraz "Ramstein" pisany przez jedno "m" to nazwa lotniczej bazy wojskowej w Zachodnich Niemczech, położonej obok małego miasta Ramstein-Miesenabch. Słowo "Flugschau" oznacza po prostu "Show lotniczy". Zlepka ta miała nawiązać do tragedii, która zdarzyła się w miejscowości Ramstein. 28 kwietnia 1988 roku, w czasie pokazów lotniczych organizowanych z okazji Dnia Lotnictwa doszło do największego wypadku tego typu w historii. Podczas wykonywania piruetu Frecce Tricolori, trzy włoskie samoloty z pośród siedmiu zderzyły się w powietrzu. Dwa runęły na pas startowy a jeden w tłumnie zgromadzoną publiczność. 69 osób zginęło na miejscu a ponad 500 zostało rannych. Nazwa dla zespołu była więc mocna i makabryczna, ale jak sami zaznaczyli nie chodziło o szokowanie, ale o hołd dla ofiar katastrofy. Aby to podkreślić nagrali utwór "Rammstein", gdzie przedstawili bezduszne i histeryczne podejście mediów do tej tragedii. Był to ich pierwszy kompletny utwór. Jego tytuł uwarunkował też końcową nazwę zespołu. Jak zasugerowali pozostali członkowie kapeli, jedno słowo "Rammstein" wyrażało wiele, a dodatkowo miało drugie znaczenie. W wolnym tłumaczeniu to po prostu "druzgoczący kamień", a to z kolei świetnie pasowało do stylu ich muzyki. Tak więc, z początkiem 1994 roku zarejestrowali swoją grupę jako Rammstein.


Pierwszy koncert odbył się 14 kwietnia 1994 roku w Lipsku. Mieli zagrać jako suport przed kapelą brata Flake - Golden Ackern Rhythm Kings. Był to oczywiście zespół punkowy, a na dodatek bardzo luźno podchodzący do swego zadania. Publiczność przychodziła głównie żeby się pośmiać i powygłupiać pod sceną. Dla Rammstein to nie była wymarzona widownia, bowiem ich styl wyraźnie kontrastował z humorystycznym stylem grupy, przed którą mieli zagrać. Wyszli na scenę z pełną obawy powagą i rozpoczęli swój występ. Oglądało ich 12 osób, w tym 10 z zespołu brata Flake. Christian potem przyznał, że jego brat już nigdy ich nie zaprosił do grania jako support. Mimo to po koncercie podszedł do nich technik oświetleniowy klubu. Stwierdził, że to najlepszy występ jaki słyszał i widział w życiu, a takie słowa młodym muzykom wystarczyły aby zmotywować się do dalszej pracy.

Zatrzymajmy się na chwilę przy koncertach, a konkretnie na ich treści. Niestety niewiele informacji przetrwało do dnia dzisiejszego (ten akapit powstaje w listopadzie 2016 roku). Wiadomo o ponad dwudziestu występach - między innymi w Berlinie, Bad Lobenstein, Hamburgu czy Poczdamie. Ostatni koncert z 1994 roku miał miejsce w sylwestrową noc w Saalfeld, gdzie przed Rammstein wystąpiła pierwsza kapela Tilla - First Arsch. Z reguły to Rammstein występowali w roli gości lub supportów. Poprzedzali koncerty takich formacji jak Stonebeat, Sandow, Placebo Effect, Shawue czy Milleunare. Setlisty w większości pozostają nieznane, ale ze zgromadzonych informacji wynika, że numery ostatecznie wydane na "Herzeleid", czyli np. "Rammstein", "Wollt Ihr das Bett in Flammen Sehen", "Du Riechst So Gut" i "Weisses Fleisch" były wykonywane praktycznie od początku. Co ważne, utwory bonusowe, jak "Feuerräder", "Jeder Lacht", "Schwarzes Glas" czy "Biest" również stopniowo pojawiały się na żywo. Z ciekawszych wątków (poza awariami sprzętu, fanem strąconym przez Tilla ze sceny oraz niemalże bójką z członkiem Shauwe, Lutzem Neumannem), warto odnotować, że 27 sierpnia w Rostock zagrano 13 minutową wersję "Wollt Ihr Das Bett in Flammen Sehen", 3 grudnia w Schlettwein po raz pierwszy zagrano wczesną wersję "Alter Mann", a po koncercie 9 grudnia w Hamburgu będący jednym z gości Jacob Hellner natychmiast zgodził się na wyprodukowanie debiutanckiego krążka. Dodajmy też, że matriał ze wspomnianego koncertu w Rostock, wraz innymi zapisami z lat 1993-1994 na temat Rammstein jest wciąż w planach wydawniczych pod szyldem "Achtung! Wir kommen. Und wir kriegen euch alle". Ze względu na konflikt między reżyserem, a jednym z managerów zespołu, o którym napiszemy później, premiera materiału odkładana była na coraz późniejszy termin.


Występy przyciągały coraz więcej ludzi. Chłopcy postanowili urozmaicić swoje koncerty wplatając w nie elementy pirotechniczne. Wiedzieli, że to się podoba. Dodatkowo Till, nie wiedział za bardzo, co robić z rękami, podczas występu, a zabawa z ogniem okazała się doskonałym rozwiązaniem. Na początku były to proste i ryzykowne eksperymenty. Zespół grywał głównie w obiektach zamkniętych, takich jak kluby, domy kultury czy małe sale widowiskowe. Nigdy nie były pełne i zawsze znalazło się kilka wolnych miejsc. Wykorzystując to, ktoś ze znajomych robił sztuczny dym, poprzez podgrzewanie rafinowanych substancji, a tymczasem Paul niespostrzeżenie udawał się z kanistrem benzyny na niezajęte pozycje wśród publiczności i zwyczajnie ją tam rozlewał. Kiedy dym opadał (dodajmy, że opary były trujące), gitarzyści byli już na swoich pozycjach, a wokalista uzbrojony w ognie rzymskie odśpiewywał swoją partię. Kulminacyjnym momentem było, wyrzucenie płonących pochodni na oblane wcześniej benzyną miejsca. Kończyło się to widowiskowym wybuchem pomiędzy bawiącymi się ludźmi. Trzeba przyznać, że mieli szczęście i nie doszło do żadnego większego wypadku ani pożaru. Raz tylko zapaliła się belka spajająca konstrukcje sceny i upadła w publiczność. Po tym incydencie, Till zapisał się na kurs pirotechniczny i zdobył odpowiednie uprawnienia, ale techniki posługiwania się ogniem wcale nie zmienił. Dodajmy jeszcze, że poza wymienionymi wyżej ewolcjami z ogniem stałymi elementami koncertów były także płonąca klatka, jarzeniówki i peterdy. Mechaniczno-gitarowa muzyka, ubrana w płonące widowisko zdobywała coraz więcej fanów. Muzycy zaczęli poważniej myśleć o swojej promocji, a do tego potrzebny był kontrakt z wytwórnią płytową. Ustrój się zmienił, więc było to legalne i możliwe.


Jeśli chodzi o wydawanie płyty, to dla każdego zespołu jest to spore wyzwanie i z Rammstein nie było inaczej. Żaden z nich nie miał doświadczenia w show-biznesie. Najpierw Paul, Christoph i Richard poszli do jednej z firm w Berlinie. Wręczyli jej przedstawicielowi kasetę z materiałem. Usiedli razem z nim w gabinecie. Ten przesłuchał taśmę na swoim magnetofonie, ale odmówił współpracy. Postanowili spróbować szczęścia gdzie indziej. Ludzie z branży muzycznej organizowali coś w rodzaju castingów, dla młodych grup, gdzie wyłaniali najciekawsze ich zdaniem zespoły. Były to zamknięte imprezy, na których jury w skupieniu słuchało, co artyści mają do zaprezentowania. Jako że Rammstein byli doświadczeni, tym, co się może podobać, postanowili nie tylko zagrać, ale i zaprezentować cały swój ognisty występ. Kiedy w maju 1994 roku przyszła ich kolej, spostrzegli ze zdziwieniem, że widownia jest praktycznie pełna i nie bardzo jest jak użyć tam benzyny. Pokusa do scenicznych fajerwerków była jednak większa. Paul rozlał łatwopalną substancję gdzie się tylko dało, a Till tradycyjnie podpalił oznaczone miejsca. Przedstawiciele firm byli zaszokowani, niestety niezbyt pozytywnie. Na domiar złego jedna z eksplozji wywołała pożar nylonowej sukienki, należącej do reprezentantki handlowej obecnej na sali. Zespół cudem uniknął kłopotów. Oddali poszkodowanej pieniądze za ubranie, ale musieli już zaprzestać zabawy z ogniem. Gdy doszło do kolejnego koncertu z udziałem jury, potrzebowali zastępczego środka. Jako że nie było nic lepszego postanowili podczas występu powyrywać świetlówki jarzeniowe zainstalowane nad barem. Ten pokaz także nie przypadł do gustu panom z wytwórni płytowej. Nie pozostało nic innego jak wynająć managera, który zajmie się ich promocją i poszuka wydawcy. Pierwszemu podziękowali już po miesiącu. Drugim okazał się Emanuel Fialik, pracownik Pilgrimu o Polsko-Arabskim pochodzeniu. Sam był już zafascynowany Rammstein, więc kiedy chłopcy poprosili go o pomoc postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy. Mimo dobrych chęci i jemu się nie wiodło. Odmówili mu wówczas wydawcy z Motor Music. Wszyscy szukali łatwych, lekkich zespołów. Nikogo nie interesowała twarda i ciężka muzyka opowiadająca o mroku ludzkich uczuć. Mimo to Emanuel nie dawał za wygraną. Pewnego dnia jadąc samochodem z kolegą pracującym w Motor Music puścił kasetę demo Rammstein a gdy ten zapytał, co to za zespół, odparł, że taki, który właśnie szuka wytwórni. Parę dni później grupa była już umówiona na sesję w siedzibie wydawcy. Mieli tam zgrać na żywo, aby pokazać, co potrafią. Muzycy bardzo się stresowali, chcieli wypaść jak najlepiej, wiedząc, że to może ich jedyna szansa. Gdy doszło do występu, na sali zgromadziło się kilku krytyków i przedstawicieli firmy. Nerwy sięgały apogeum. Na dodatek już podczas drugiego utworu pękła membrana w bębnie Christopha i ten grał resztę uderzając w samą obręcz. Czuli, że spalili szansę na całej linii. Jakże wielkie było zdziwienie, gdy po wszystkim zaczęli do nich podchodzić słuchacze i... gratulować. Po chwili dowiedzieli się, że podpisują kontrakt z firmą Motor Music. Umowę zawarto w styczniu 1995 roku, pomiędzy Petrą Husemann, przedstawicielką wytwórni płytowej a zespołem Rammstein.

 














Ogłoszenia

» Mapa fanów Rammstein

Logowanie
Login:
Hasło:

+ Zarejestruj się

+ Zapomniałem hasła

Skocz Do
Online
Na stronie: 60
Zalogowani: 1